Giewont zima

Nie weźmie na plecy i nie zniesie na dół wyczerpanego kolegi. Może jedynie zmobilizować tego drugiego, by sięgnął do swoich rezerw. Może stworzyć, być może złudne poczucie bezpieczeństwa, przywrócić wiarę we własne siły, zachęcić do dalszego działania. – Wanda Rutkiewicz

 

Zawsze byłam twarda, cierpliwa i uparta, taka Herud-Babka. W końcu wychowywałam się wśród 8 braci i nie chcąc od nich odstawać musiałam czasem zacisnąć zęby i dawać z siebie 100 % mocy żeby im dorównać.
To był styczeń, warunki w Tatrach idealne na wycieczkę. Śnieg uleżany, szlaki do schronisk przetarte, temperatura utrzymywała się na poziomie kilkustopniowego mrozu i pięknie świeciło słońce. Postanowiliśmy wybrać się na Giewont. Już na początku trasy musiałam mocno przebierać nogami żeby dorównać kroku Grześkowi i Markowi. Z mocną zadyszką, w szybkim tempie, defiladowym krokiem dotarliśmy do schroniska na Hali Kondratowej i tam zrośliśmy sobie pierwszą przerwę na gorącą herbatę i kanapki. Już wtedy pogoda nieco się pogorszyła. Zaczął wiać zimny wiatr, który nieprzyjemnie uderzał małymi kryształkami lodu w twarz. Na całe szczęście miałam ze sobą krem ochronny.

Po zbyt krótkiej jak dla mnie przerwie zarzuciliśmy ponownie swoje plecaki na ramiona i ostro ruszyliśmy na przód. Przetarta ścieżka do schroniska zamieniła się w pojedyncze ślady, a z czasem całkiem znikła. Słońce schowało się za grubą warstwą szarych chmur, a wiatr całkiem zmył ślady naszych poprzedników. Brodziliśmy w śniegu po kolana. Marek miał raki, więc szedł pierwszy, za nim Grzesiek i na końcu ja, w swoich starych, mocno sfatygowanych trzewikach. Każdy krok był dla mnie sporym wysiłkiem. Śliska podeszwa sprawiała, że raz po raz lądowałam na czworakach. Cieszyłam się, że idę na końcu i chłopcy tego nie widzą. Za żadne skarby świata nie chciałam się przed nimi przyznać, że jest mi ciężko.

Na stromym podejściu odległość między nami wyraźnie się powiększyła, a przemoczone rękawiczki potęgowały uczucie chłodu. Na otwartej przestrzeni wiatr przybrał na sile. Znów upadłam, a kiedy podniosłam głowę w górę zobaczyłam, że czekają na mnie. Nie chcąc wyjść na skończoną ofermę, sięgnęłam po ostatnie pokłady energii i dogoniłam ich. Mocno zmęczyłam tym wysiłkiem wcześniej kontuzjowane kolano. Było mi ciężko, ale że byliśmy już tak blisko celu nie skarżyłam się. Na przełęczy planowaliśmy zrobić sobie dłuższą przerwę, jednak wiatr był tam tak silny, że aż zwalał nas z nóg. Postanowiliśmy iść dalej i schronić się przed wiatrem bliżej szczytu. Uderzający śniegiem w twarz wiatr mocno ograniczał nam widoczność. Z trudem łapałam oddech.

Kolejny raz zostałam w tyle. Chłopcy to zauważyli i znów na mnie zaczekali. Nie chciałam opóźniać ich wspinaczki więc zapewniłam ich, że ze mną wszystko OK, że potrzebuje jedynie chwilki przerwy, żeby złapać oddech i powiedziałam żeby nie czekając na mnie szli śmiało w swoim tempie do przodu. Musiałam być bardzo przekonująca, bo uwierzyli. I po chwili już byli przy łańcuchach. Wyczerpana postanowiłam schronić się przed wiatrem za opodal leżącym głazem i nieco się posilić. Kiedy zmierzałam w jego kierunku niefortunnie postawiłam stopę na śliskim kamieniu i upadłam. W kolanie coś strzeliło. Mogłam wstać, więc noga nie była złamana. Jak się później okazało – znów naderwałam wiązadło. Czułam potworny ból. Zaciskając zęby dotarłam do głazu i schroniłam się za nim.

Hala Kondratowa - schronisko
 

Chłopaki już dawno zniknęli z zasięgu mojego wzroku. Musieli już pewnie dotrzeć na szczyt i tam pewnie czekają na mnie. Postanowiłam do nich zadzwonić. Wygrzebałam z plecaka komórkę, która jednak odmówiła posłuszeństwa. Niska temperatura musiała jej nie służyć, bo całkiem się zawiesiła i nie reagowała na moje desperackie ruchy. Wiedziałam, że jestem zdana tylko na siebie i że nie mogę tu zostać. Zejście z Giewontu jest z drugiej strony i żeby się nie rozminąć z braćmi muszę dotrzeć o własnych siłach do skrzyżowania szlaków. Poirytowani zbyt długim czekaniem na mnie bracia postanowili wreszcie schodzić ze szczytu. Zaniepokojeni zbyt długą moją nieobecnością i brakiem możliwości nawiązania połączenia zaczęli bacznie oglądać się za siebie z nadzieją że może ich jeszcze dogonię. Ostatecznie wypatrzyli mnie jak kuśtykam z miejsca, w którym się rozstaliśmy. Jeszcze wtedy nie wiedzieli, że droga powrotna będzie tak trudna dla nas wszystkich.

Boląca noga mocno utrudniała poruszanie. Wiatr zmazał już nasze ślady. Od nowa przecieraliśmy szlak. Wsparta na ramieniu brata powoli poruszałam się do przodu, krok za krokiem. Strome zejście z przełęczy było najgorszym odcinkiem do pokonania. Marek szedł pierwszy, torując nam drogę. Ja nadal zaciskając zęby z bólu, starałam się stąpać ostrożnie po jego śladach. Nie rzadko wpadałam w poślizg i zjeżdżałam na niego podcinając mu nogi. Całe szczęście, że on miał raki. Umiał więc wyratować się z opresji. Dzień już dobiegał końca, a przed nami jeszcze był spory kawał drogi. Coś we mnie pękło, panikowała i czułam się bezsilna. Uświadomiłam sobie, że nie zawsze jest się niezależnym, że trzeba umieć przyznać się do słabości i przyjąć czyjąś pomoc.
Ich słowa otuchy i obietnica gorącej herbaty w schronisku dodawała mi sił. Wiedziałam, że mogę na nich polegać, że zrobią wszystko żebyśmy mogli jeszcze kiedyś śmiać się z naszej wyprawy.
Minęły 2,5 godziny zanim dotarliśmy do schroniska i wreszcie mogliśmy odetchnąć. Wiedziałam już że jesteśmy bezpieczni.
Ta wycieczka to dla nas swoista lekcja pokory. Sporo się nauczyliśmy. Nadal razem wędrujemy po górach, ale nigdy już nie rozdzielamy się na szlaku i staranniej dobieramy strój oraz sprzęt, bo od tego może zależeć nasze zdrowie, a czasem nawet życie!

Autor tekstu: Autor anonimowy

Komentuj

Kategorie: Okiem Internauty

Tagi: , , , ,