fot. Janusz Dębiński - Bukowina Tatrzańska

Słowem wstępu…jeśli komuś się wydaje, że poniższy tekst w którymkolwiek momencie jest „sponsorowany” – to zapewniam, że sponsorowany nie jest;) A zaczęło się to tak…

Jakoś na początku zimy na ZakopanePortal.pl pojawił się konkurs na zimowe opowiadanie górskie. No to takie napisałem i jakimś trafem wygrałem. A wygrana była fajna: 4-dniowy pobyt w Willi Roztoka dla dwojga, a w pakiecie dodatkowo… o tym za chwilę.

Ucieszeni czekaliśmy z Hanią na wiosnę. Wiosna coraz bliżej, zarezerwowaliśmy termin na 27-29.04. Niestety moja praca nie pozwalała na wykorzystanie całych 4 dni. Termin wydawał się sensowny. Między świętami a Majówką powinno być pusto, a okolice początku maja z reguły były słoneczne. Jak się okazało… z tą pogodą nic bardziej mylnego. Im bliżej wyjazdu, tym z coraz większym zażenowaniem spoglądałem na prognozy. Trudno. Tak czy inaczej będzie tam można zająć sobie czas różnego rodzaju rozrywkami. Był cień szansy na słoneczną pogodę ostatniego dnia więc do plecaka wyładowanego ciuchami, piwami, aparatami i innym dziadostwem doszły raki, kaski, czekany, itp. – a nuż będzie warun, żeby na jakiegoś Młynarza wejść.

fot. Janusz Dębiński - kwiecień2014
 

Nadeszła niedziela i ruszyliśmy w drogę. W Willi Roztoka mieliśmy się pojawić około 15:00, a jako że była dopiero 11:00, a byliśmy już w Bukowinie, poszliśmy najpierw do cioci mej panny na kawę i pyszną szarlotkę. Popołudniu zameldowaliśmy się na miejscu, odebraliśmy klucze, a obsługa w osobie miłej pani recepcjonistki powitała nas schłodzonym Martini Asti (co możecie zobaczyć wyżej).

Zasiedliśmy więc na tarasie delektując się widokami… których nie było. Chmury, chmury, raz jeszcze chmury. Ale nie psuło nam to za specjalnie humorów, wszak czekały nas 3 dni błogiego lenistwa. Pod wieczór zaczęło się przejaśniać – idziemy spacerować! Do plecaka piwo, aparat i w drogę. Na Klinie czekaliśmy na busa, którym moglibyśmy dojechać do Wierch Porońca i ruszyć na Rusinową Polanę. Bez skutku. Poszliśmy więc szukać jakiegoś fajnego miejsca, gdzie można by się rozłożyć na trawie.

fot. J. Dębiński - kwiecień
Dotarliśmy więc na jakąś łąkę w rejonie Wysokiego Wierchu, rozłożyliśmy przeciwdeszczową płachtę, otworzyliśmy browary i zaczęliśmy oblewać… a potem obśmiewać wszelkie problemy tego świata;)

Minęły nam tam gdzieś ze 2 godziny, zaczęło robić się chłodno. Wracamy grać w bilarda! Wróciliśmy, zjedliśmy kolację, otworzyliśmy kolejne piwa, pograliśmy w bilarda, posiedzieliśmy na tarasie….

fot. J. Dębiński - na tarasie w Willi Roztoka
 …i na tym lepiej zakończę streszczenie tego wieczoru 😉

Dzień drugi to już pogodowa klapa. Przed 10 obudziła nas obsługa nieśmiało przypominając, że śniadania są do 9:30. Po szybkim ogarnięciu zeszliśmy do jadalni żeby nabrać sił po ostatnim wieczorze 😉

Na 17:00 zamówiliśmy sobie romantyczną kolację przy świecach, na 18:30 saunę i jacuzzi. A w ciągu dnia, żeby zapomnieć o deszczu, który siąpił za oknem, korzystaliśmy z bilarda i zaopatrzenia sklepu, który znajdował się po drugiej stronie ulicy.

fot. J. Dębiński - w Willi Roztoka
 

Wyskoczyliśmy w międzyczasie do cioci mojej dziewczyny na kawę i plotki o szalonych turystach nawiedzających Podhale. Przy okazji wyszło, że Hani wujek wystawia w najbliższą sobotę „Skąpca” Moliera w Domu Ludowym w Bukowinie T. Oboje mamy wolne, więc będziemy!

O 17:00 zasiedliśmy do tej romantycznej kolacji… ale gdzie my romantyczni. Śmiechy, chichy, głupie żarty i największa radość z deseru pod postacią lodów. Chwilę później zalewaliśmy się potem w saunie i leżeliśmy w jacuzzi. Mijał leniwie ten dzień, aż za leniwie biorąc pod uwagę to, że Tatry na wyciągnięcie ręki. Jednak tego dnia jakoś nie było mi przykro z tego powodu.

Wtorek. Budzik ustawiony na 7 rano. Budzik zadzwonił, ba, nawet obudził.

fot. J. Dębiński - kwiecień2014
 

Zerknąłem tylko przez okno, totalna „dupówa”. Poszedłem spać dalej. Dziś już grzecznie i na czas stawiliśmy się na śniadaniu. O leniuchowaniu nie da się za wiele pisać… tak więc koło południa poszliśmy na spacer, tym razem w stronę Wierchu Przeddomiańskiego.

fot. J. Dębiński
 

Trochę zdjęć, trochę wygłupów, obowiązkowa kawa u cioci Hani. Powrót, pakowanie, bus, Kraków. Kolejnego dnia trzeba było iść do pracy. Ale w piątek wieczorem mieliśmy być z powrotem, tym razem zakwaterowani u rodziny Hani.

Słowem podsumowania tych trzech dni. Willa Roztoka – miejsce fajne dla kogoś, kto szuka czegoś więcej niż możliwości zdrzemnięcia się między kolejnymi wyjściami w góry. Z dala od przepełnionego Zakopanego. Jakieś tam SPA, bilard, piłkarzyki, darmowa wypożyczalnia rowerów. Można sobie ten czas zorganizować. A miejsc widokowych w Bukowinie Tatrzańskiej sporo:)

(Świetnie prezentują się stąd przede wszystkim masywy Lodowego, Młynarza i Koszystej)

 

Tak więc we wtorkowy wieczór byliśmy już w Krakowie, a popołudniu w piątek siedzieliśmy w busie do Bukowiny. Tak się fajnie złożyło, że byli tam znajomi z Gdańska, których poznałem we wrześniu w drodze na Rysy. Szybkie piwo na tarasie, pogaduchy i spać. Rano czekała nas wycieczka do MOka. Zwlec z łóżka moją pannę o 6 rano graniczy z cudem, ale jakoś się udało. O 7 z Hanią, jej wujkiem i innymi góralami siedzieliśmy już w samochodzie. My z Palenicy już grzecznie na nogach prosto do MOka, a górale dorożką, wraz z niejakim J.Gowinem, który to wykupił sobie góralski koncert w schronisku – kampania wyborcza pełną gębą;)

Mimo przelotnego deszczu szło się miło. Jak na Majówkę było nawet jeszcze pusto – może przez prognozowane ulewy, które miały zacząć się koło południa? Herbata, śniadanie, góralskie przyśpiewki, kilka zdjęć i ruszamy dalej.

fot. J. Dębiński - w schronisku nad Morskim Okiemfot. J. Dębiński - Morskie Oko
Zaczyna się przejaśniać, ale jeśli wierzyć prognozom za godzinę, może dwie, zacznie padać. Idziemy leniwie w stronę Dolinki za Mnichem.

fot. J. Dębiński - do Dolinki za Mnichem
 Ile się uda, tyle przejdziemy. Po godzinie zaczęło się porządnie chmurzyć, czas na odwrót.

fot. J. Dębiński
 

Pół godziny później jedliśmy sobie drugie śniadanie w starym Moku, obserwując tłumy idące w ulewie. Skąd oni się wzięli? Założyliśmy na siebie wszystkie możliwe „tex-y”, które udało się wygrzebać z plecaka i czym prędzej do parkingu.

Im dalej „w las” tym więcej ludzi. Jeansy i leginsy, trampki i treki, peleryny foliowe i goretexy, starcy i dzieci. Wszyscy do góry! Wszyscy przemoczeni i wszyscy w świetnych nastrojach. Jakaś taka wesoła atmosfera panowała na tym asfalcie. Może przez deszcz? Przyjemnie się szło, mimo iż ciuchy przestały wytrzymywać ten niesłabnący napór deszczu.

Jakoś dotarliśmy do tej Bukowiny, tam suszenie, obiad i inne przyziemne czynności. Wieczorem wybraliśmy się do Domu Ludowego w Bukowinie T. gdzie wujek Hani wystawiał „Skąpca” Moliera. Ktokolwiek będzie miał okazję trafić na jakąś sztukę w wykonaniu Amatorskiego Zespołu Teatralnego im. Józefa Pitoraka w Bukowinie Tatrzańskiej, to polecam się wybrać!

Góralska gwara i dużo dobrego humoru! :)

Sam Dom Ludowy jest bodajże największym drewnianym budynkiem w Polsce i jego też warto zobaczyć.

fot. J. Dębiński - Skąpiec Moliera
fot. J. Dębiński - Skąpiec w Bukowinie Tatrzańskiej
 

To chyba tyle. Był to chyba mój najmniej górski wypad na Podhale, ale jak to mówią – nie samymi górami człowiek żyje;) Choć za bardzo w te słowa nie wierzę 😉

 

Wielkie podziękowania dla: http://www.zakopaneportal.pl/ – za konkurs:)

http://www.roztoka.pl/pl/ – za nagrodę:)

http://www.dwaswiaty.bukowinatatrzanska.pl/ – za gościnę:)

http://domludowy.pl/teatr/   – za kolejny spektakl, na którym uśmiałem się do łez;)

Autor tekstu i zdjęć: Janusz Dębiński

Komentuj

Kategorie: Okiem Internauty

Tagi: , ,