fot. Pozytywka

Po raz pierwszy od kilku lat Sylwestra spędzałem poza kochanymi Tatrami. Z przyczyn nie ode mnie zależnych, mimo iż miałem propozycję zdobycia Giewontu, nie mogłem przyjechać i delektować duszę oraz ciało pięknym górskim widokiem. Trudno, może następnym razem się uda. Otrzymałem zaproszenie by pożegnać Stary Rok a przywitać nowy kameralnie, u Przyjaciół w domu. Długo się nie zastanawiałem. Okazało się iż w gronie zaproszonych była piękna nieznajoma…

Sylwester się skończył, a ja oczarowany anielskimi oczętami, ciągle o Niej myślałem. Wiedziałem że to nie był przypadek. Skoro Tatry nie chciały mnie przyjąć pod swoje skrzydła, musiało być coś na rzeczy. Zaczęliśmy się umawiać. Z Kasią szybko nawiązaliśmy wspólny dialog, coraz częściej spotykaliśmy się i rozmawialiśmy dosłownie o wszystkim. I zawsze odczuwałem niedosyt rozmów, przede wszystkim Jej towarzystwa. Zbliżały się ferie. A że w starym zwyczaju, od ładnych paru sezonów, wyruszałem zdobywać zimą kolejne, nieprzetarte tatrzańskie szlaki, zaprosiłem do wspólnych wędrówek Kasię. Po długich namowach, zgodziła się.

Ledwo co przyjechaliśmy do Zakopanego, ledwo co zameldowaliśmy w kwaterze, która znajdowała się 15 minut drogi od Kuźnic, szybko porwałem Kasię spośród czterech ścian i ruszyliśmy na naszą pierwszą wspólną, pieszą wędrówkę po moim ukochanym zakątku na Ziemi. Ponieważ nie miała zimowego doświadczenia w górach, dreptanie zaczęliśmy skromnie, od Nosala. I o dziwo ta malutka, drobna kruszynka, lecz jakże urocza, która zarzekała się iż gór nie zna, nie ma doświadczenia, przewyższała mnie kondycją o głowę.

Pierwszy dzień minął na aklimatyzacji i zdobyciu szczytu na wysokości 1206 m n.p.m. Mieliśmy jeszcze zahaczyć o Wielki Kopieniec, lecz jednomyślnie stwierdziliśmy, że w pierwszym dniu nie będziemy narzucać tempa. Zeszliśmy do Kuźnic, skąd podreptaliśmy do kwatery znajdującej się niedaleko hotelu Murowanica. Wieczorem długo rozmawialiśmy, po czym położyliśmy się spać. A że nocka była naprawdę chłodna, musiałem się Kasią zaopiekować w należyty sposób. Przytulając się wzajemnie wyraźnie odczułem mocniejsze bicie serca. Kiedy poczułem zapach jej włosów, stwierdziłem, iż tak właśnie pachnie szczęście którego szukałem. Wtedy uświadomiłem sobie że Tatry, choć są moją miłością, muszą zejść na drugi plan.

Następnego dnia wstaliśmy skoro świt, zjedliśmy szybko śniadanie, spakowaliśmy plecak i ruszyliśmy zdobyć delikatnie kolejny szczyt. Porwałem Kasię na Kasprowy przez Myślenickie Turnie. Pomyślałem, że skoro rekord w bieganiu na Kasprowy z Ronda Kuźnickiego wynosi niecałą godzinę to z Kasią spokojnie wejdziemy w trzy.  Nic bardziej mylnego. Nie dość że przez noc napadała gruba warstwa śnieżnego puchu, w dodatku tego dnia byliśmy jedynymi turystami, którzy szli tą trasą, więc musiałem przecierać szlak. Na domiar złego pogoda od Myślenickich Turni znacznie się pogorszyła. Mgła pozwalała na widoczność max do 5 metrów. Praktycznie nic nie było widać, momentami szedłem intuicyjnie. Miejscami wręcz śniegu było po pas. Z trzech godzin, wyprawa, by zdobyć upragniony Kasprowy, wydłużyła się do sześciu. Aż bałem się odezwać do Kasi widząc Jej niezadowolenie z przebiegu sytuacji.

Po zdobyciu upragnionego, kolejnego szczytu, zmarznięci i zmęczeni, myśleliśmy tylko o jednym. By jak najszybciej wylądować w pokoju, wziąć orzeźwiającą kąpiel, napić gorącej herbaty i ogrzać pod ciepłą kołdrą. Zjechaliśmy kolejką do Kuźnic, po czym błyskawicznie udaliśmy się do naszego „azylu”.

Wieczorem, gdy przyglądałem się uważnie na Kasię, doszedłem do wniosku, że nic więcej do szczęścia mi nie potrzeba. Wyjazd w ukochane góry z osobą coraz bliższą mojemu sercu, z każdą spędzoną wspólną chwilą. Poprzez góry, a może dzięki nim, oswajaliśmy się wzajemnie. Przytuliłem Kasię do siebie i zasnęliśmy
w objęciach.

Trzeciego, ostatniego dnia naszego pierwszego wspólnego wyjazdu w Tatry, zaproponowałem miejsce wyjątkowe, dla mnie najpiękniejsze w całym Tatrzańskim Parku Narodowym. Powędrowaliśmy na Halę Gąsienicową przez Dolinę Jaworzynki.

fot. Pozytywka

 

Teraz moje oczy mogły nacieszyć się najpiękniejszym widokiem jaki kiedykolwiek dane im było zobaczyć. Powiedziałbym „dwie piękności” w jednym miejscu. Czego chcieć więcej. Właśnie w to jedno, wyjątkowe dla mnie miejsce na Ziemi, chciałem zaprowadzić osobę, która jest dla mnie wyjątkowa. I udało się. Wracając do kwatery na obiad, usiedliśmy jeszcze na chwilę pod smrekiem przyprószonym śniegiem. Przytulając Kasię, wyrecytowałem jak z otwartej księgi dlaczego przyjechaliśmy w góry i dlaczego tak bardzo zależało mi na Hali Gąsienicowej. Uśmiechnęła się tylko.

Góry naprawdę zbliżają. Mnie z Kasią zbliżyły na pewno.

Autor tekstu: Pozytywka

Komentuj

Kategorie: Okiem Internauty

Tagi: , , , , ,