fot. ceperka - Grześ

Wafelki Grześki znam od bardzo dawna i uwielbiam, bo przecież mają tyle dobrej czekolady. Męża Grzegorza znam trochę mniej, ale uwielbiam go tak samo (albo i jeszcze bardziej), bo jest równie słodki co jego wafelkowi koledzy. Do pełni szczęścia, no bo „co dwie głowy to nie jedna”, brakowało mi tylko poznania z największym Grzesiem dumnie górującym nad Doliną Chochołowską.

Wprawdzie wypad do Zakopanego został zaplanowany tylko na 3 dni, ale nie mogło zabraknąć wyjścia w góry, tym bardziej że pogoda rozpieszczała. Z uwagi na pierwsze krokusy wybór padł na Dolinę Chochołowską, ale żeby nie był to tylko turystyczny spacerek postanowiliśmy wyjść trochę wyżej. Jednego Grześka miałam u boku, drugiego głęboko schowanego w plecaku więc był to odpowiedni czas na poznanie się z „tym” trzecim.

Droga do schroniska nie była łatwa i przyjemna. Z racji wycinki powalonych po grudniowym halnym drzew, prawie na całej długości droga pokryta była błotem. Rano na szczęście był jeszcze niewielki przymrozek co trochę ułatwiało przejście, przynajmniej jeśli chodzi o czystość. Droga powrotna, w pełnym słońcu już taka nie była – spodnie pochlapane do samych kolan, buty ubłocone i jeszcze jeżdżące samochody, które dodatkowo rozchlapywały wszystko na boki. No ale wróćmy na szlak…

Niecałe 2 godziny i już widzieliśmy pierwsze krokusy na skraju polany w dolinie. Szybka kanapka w ciepłym słońcu i ruszamy dalej. Mój G. dumnie prowadził i tak oto znaleźliśmy się w lesie za schroniskiem. Zaciekawił mnie brak oznaczeń szlaku, ale co tam będę kłócić się z mężczyzną. Skoro idzie to chyba wie gdzie… Po kilku metrach chyba sam się zaczął zastanawiać czy dobrze idziemy, bo wyciągnął mapę no i stwierdził… że idziemy źle, ale na pewno gdzieś dotrzemy.

fot. ceperka - Grześ
Dzielnie kroczyłam po zmarzniętym śniegu, chociaż wizja panoramy z Grzesia jakoś uciekła. Po kilkudziesięciu metrach dotarliśmy (jakoś tak po prostu) do szlaku i prowadziły nas już zaufane żółte znaki. Wszystko fajnie, tylko gdzie ta wiosenna pogoda z Zakopanego? Gdzie suche szlaki i młoda zielona trawka? Zamiast tego, śniegu było coraz więcej, a szlak miejscami oblodzony utrudniał poruszanie się. (Tak, nie mieliśmy raków ale dzień wcześniej dowiadywaliśmy się czy wejście na Grzesia jest możliwe bez dodatkowego sprzętu, dlatego też zdecydowaliśmy się na to wyjście).

Chwilami było ciężko, ale przecież nie mogłam się poddać. Mój słodki Grześ wspinał się razem ze mną żeby wspomóc mnie swoimi kaloriami po ciężkiej przeprawie, a duży dzielnie prowadził przez śniegi żeby urosnąć w oczach żony to wielkości TEGO największego. TEN z kolei przywitał nas resztkami śniegu i piękną panoramą na Tatry… Chwila oddechu i … czy ktoś narzekał przy wejściu? Droga powrotna to powrót do dzieciństwa. Duży (ale nie ten największy) G. ślizgał się na śniegu niczym mały Grzesiu, a moja rola ograniczała się do stwierdzeń – uważaj, powoli, idź normalnie…jak dziecko :) Wiadomo, że powroty są szybsze ale ten wyjątkowo mi się dłużył z uwagi na momentami bardzo śliskie strome zejścia. Niejeden raz lądowałam w śniegu po kolana, ale czy ja też nie mogłam poczuć się jak mała dziewczynka?

Stabilne podłoże i powrót do wiosennej pogody przyniosła dopiero polana przy schronisku (dol. Chochołowska), skąd mogłam dobrze ocenić wielkość i moc Grzesia. Zachwycił mnie swoją rozpiętością i pięknymi widokami, ale przecież wyjątkowy Grześ jest tylko jeden – ten mój osobisty!

Autor tekstu: ceperka

Komentuj

Kategorie: Okiem InternautySzlaki tatrzańskie

Tagi: , ,