Moje Tatry

Każdy choć raz w swoim życiu powinien zawitać w miejsce tak niezwykłe jak polskie Tatry. Pomimo tego, iż mam już (dopiero) 25 lat mój pierwszy raz miał miejsce stosunkowo niedawno. I choć mój kilkudniowy  wypad w góry zapowiadał się jako najgorszy w całym życiu – to powiem krótko – WARTO BYŁO!

Rok 2008 – lipiec.  Razem ze znajomymi planowaliśmy ten wypad 3 miesiące wcześniej i nic nie było w stanie nas powstrzymać. Wybór trasy, ocena jej atrakcyjności, punkty widokowe na których warto było rozłożyć koc, ściągnąć buty, położyć się i podziwiać piękno przyrody.

Pobudka we wtorek wczesnym rankiem, za oknem jeszcze ciemne niebo i mrugające radoście gwiazdki. Przed nami ponad 330 kilometrów trasy licząc od Jarosławia w województwie podkarpackim, poprzez słowacki Poprad, przejście graniczne w Łysej Polanie kończąc w miejscowości oddalonej o 20 km od Zakopanego –  Szaflarach. Wszystko wydawało być się zapięte na ostatni guzik. Jedyne obawy jakie budziły się wraz z uciekającymi kilometrami dotyczyły dość nieciekawej pogody. Im dalej od domu, tym więcej kropel obijało się o szyby naszego samochodu. W momencie przekroczenia granicy ze Słowacją wycieraczki zaczęły nie nadążać z pracą, co sprawiło, że musieliśmy zrobić nieplanowany godzinny postój.  Wydawać by się mogło, że po upływie tego czasu wszystko powinno być już dobrze. Deszcz powoli zaczął zanikać, by po krótkim czasie wrócić ze zdwojoną siłą. Atmosfera w aucie nie była ciekawa. W TatryCzwórka pasażerów dosłownie uwięzionych w samochodzie po raz pierwszy od długiego okresu czasu nie miała wspólnych tematów. A może tak naprawdę nie chciała ich mieć…. W tamtym momencie zaczęłam rozumie w jaki sposób pogoda potrafi wpływać na człowieka.

Trasę którą normalnie można przejechać w ciągu 4 godzin pokonaliśmy w 9. Zmęczeni, załamani i zupełnie „inni” niż przed wyjazdem odnaleźliśmy domek w którym zarezerwowaliśmy noclegi. I co dalej? Co robić? Gdzie wyjść? Słychać było tylko hipnotyzujące dźwięk obijających się o blachę kropel deszczy. I nagle… Cisza…. Przestało padać… Bez zastanowienia postanowiliśmy wyjść  z pokoi. Powietrze było rześkie, zupełnie inne niż w rodzinnym mieście.  Spacer trwał ponad godzinę.

Dotarliśmy nad Dunajec a widok jaki ukazał się naszym oczom był po prostu nie do opisania. Woda praktycznie przelewała się przez kładkę. Wzburzone fale odstraszały nie tylko wyglądem ale i przerażającym szumem. Do gospodarstw znajdujących się nad brzegiem brakowało zaledwie kilka metrów. Widok był przerażający. W drodze powrotnej natknęliśmy się na nowo wybudowaną pizzerię zalaną do połowy wodą. Nie wiedzieliśmy co dalej robić. Wróciliśmy do pokoi.  Deszcz padał nieprzerwanie jeszcze przez kilka dni. Zalanych zostało wiele domów i gospodarstw agroturystycznych. Nikt z nas nie spodziewał się, że właśnie tak zakończy się nasz wymarzony wyjazd. Nadzieja na to, że wreszcie zobaczę szczyty Tatr powoli zaczęła we mnie zanikać.

W przeddzień powrotu do domu coś się zmieniło. Rano nie obudził mnie już Zakopaneprzenikliwy stukot deszczu tylko promienie słońca wpadające do mojego pokoju przez okno. Nie mogłam w to uwierzyć. Podbiegłam do drzwi balkonowych i moim oczom ukazały się kontury wyłaniających się spoza chmur, monumentalnych i potężnych gór. W jednej chwili obudziłam znajomych którzy byli zaszokowani w równym stopniu jak ja. Bez zastanowienia, bez śniadania, ciepłej kawy wyruszyliśmy w drogę. Nie braliśmy samochodu, nie jechaliśmy busem ani pociągiem. Siła, która jakiś czas temu w nas zanikła obudziła się na nowo. Postanowiliśmy wybrać się do Zakopanego pieszo. Ale aby było ciekawiej Trasa przebiegać miała przez Poronin a następnie rozsławioną dzięki Tour de Pologne – Głodówkę.

 

Czy warto było? WARTO! To co widziałam przez te 2 dni pogody sprawiły, że zapomniałam o deszczu. Wszyscy zapomnieliśmy o cichych dniach, o braku tematów. Było tak jak powinno być. A do Zakopanego chcę wrócić i to nie raz. Gdy tylko pozwoli na to niemiłosiernie uciekający czas…

Autor tekstu: AlexSandra

Komentuj

Kategorie: Okiem Internauty

Tagi: , ,