fot. Aneta Główczewska

Na jednej podróży zapewne nigdy nikt nie zakończył…
Zakopane nigdy nie zakopie w Tobie chęci do wędrówek, gór i przygody…

Na ten wyjazd czekałam od dawna. Postanowiłam pójść do pracy w wakacje , żeby mieć potrzebną ilość pieniędzy. Mówi się, że jak się na coś czeka, to czas wolno płynie. Jednak, ku mojemu zdziwieniu, dni mijały bardzo szybko.  Ani się obejrzałam, a już był wrzesień. W dzień wyjazdu obudziło mnie pukanie do drzwi. Mama krzyczała:
„Aneta wstawaj! Za godzinę masz pociąg!”

Nienawidzę, gdy ktoś mnie budzi, ale szczerze muszę przyznać, że była to jedna z najpiękniejszych pobudek w moim życiu. Dlaczego? Otóż, wstałam z uśmiechem na twarzy i pełną świadomością, że za kilkanaście godzin będę w miejscu, o którym od dawna marzyłam.

Podróż nie należała do najlepszych. Jednak myśl o tym, że niedługo zobaczę góry, nie dopuściła do tego, żeby tłok i hałas w pociągu popsuły mi humor. Miałam też nieustający problem z moim naburmuszonym chłopakiem, który był bardzo zniechęcony do tej wycieczki. Ciągle marudził – wielbiciel wylegiwania się na plaży w gorącym słońcu, że będzie cały czas siedzieć w pokoju. Nie odpowiadałam. Nie chciałam konwersować z nim na taki temat. Tłumaczenie mu, że będzie super, byłoby jak walka z wiatrakami. Przypuszczałam, że gdy tylko wyjdzie z pociągu, zmieni zdanie. Stało się tak trochę wcześniej. Kilkadziesiąt kilometrów dzieliło nas od Zakopanego, a Krzysiek nie mógł wyjść z podziwu. „Góry, jakie piękne góry. Prawdziwe góry”– krzyczał. Ja tylko delikatnym głosikiem, z odrobinką ironii, dodałam „przecież mówiłam, że jedziemy w góry”.

Nigdy wcześniej nie byłam w górach. Katowice były jedynym miastem z całego południa Polski, które odwiedziłam. Rodzice woleli wypoczywać nad jeziorem na Kaszubach. Wiadomo – kilkanaście minut drogi na pole campingowe. Zawsze wszystko pod ręką, w razie potrzeby. Namawiałam ich niejednokrotnie, żeby pojechać w góry, jednak bezskutecznie. Zawsze marzyłam o wdrapywaniu się na szczyty. Niekoniecznie te duże. Po prostu jakiekolwiek. Marzenie to postanowiłam bezapelacyjnie zrealizować.Zakopane

Gdy dotarliśmy na miejsce, byliśmy kompletnie zmieszani. Mnóstwo ludzi, mimo tak późnej godziny. Co kawałek tubylcy oferowali nam noclegi w swoich kwaterach. Multum stoisk z różnorodnymi produktami. Potocznie mówiąc ‘sajgon’. My jednak, znużeni podróżą, liczyliśmy minuty do prawdziwego snu. W wygodnym łóżku. Bez głośnych rozmów obcych ludzi z pociągu.

Następnego dnia, wyspani, od razu ruszyliśmy w teren, na rekonesans.  Szczerze, nie mieliśmy pojęcia, od czego zacząć. Szliśmy za tłumem, a większość zmierzała na Krupówki. Po drodze napotkaliśmy na Centrum Informacji Turystycznej. Weszliśmy do środka.  W tej pięknej, drewnianej chatce, pracownicy, z uśmiechami na twarzy, udzielili nam wszystkich potrzebnych informacji. Wyposażyliśmy się we wszelkie możliwe mapy.

Pamiętam, jak wskazywałam palcem na pasmo gór, a Krzysiek powiedział mi: „tam jest Giewont, a na nim krzyż”. Ze zdumieniem przyglądałam się. Przez lornetkę dostrzegłam tam ludzi. Mnóstwo. Z lekkim przerażeniem zastanawiałam się, jak oni tam wchodzą. Doczytałam później, że na sam szczyt prowadzi szlak. Mnie jednak wydawało się, że nie dam rady. Chodziła mi taka (demotywująca mnie) myśl po głowie – pierwszy raz w górach, to na te duże szczyty możesz sobie jedynie popatrzeć. Dlatego bezgranicznie upajałam się widokami.

Gdy dotarliśmy na Krupówki, byłam zaskoczona, że tak dużo ludzi przemieszcza się tutaj. Kiedyś wrażenie na mnie robiły setki ludzi, którzy wieczorem spacerowali po ulTatry - Aneta Główczewskaicach nadmorskich miejscowości.  Jednak dopiero na Krupówkach zdałam sobie sprawę z tego, że tak naprawdę tłum zobaczyłam dopiero tutaj, i to w ciągu dnia. Mnóstwo sklepów, budek z oscypkami… o właśnie, wtedy pierwszy raz zjadłam oscypka! Co chwilę, ludzie przebrani za różne postacie z bajek, oferowali nam zdjęcie za symboliczną kwotę. Oczywiście nie omieszkaliśmy odmówić. Dla nich zarobek, a dla nas niesamowite zdjęcia. Pełno barów z przytulnym góralskim wystrojem. Posmakowałam wtedy grzanego piwa.

Po przejściu całych Krupówek poszliśmy na Gubałówkę. Tam po raz kolejny podziwiałam góry. Ten fenomenalny krajobraz powodował, że nie myślałam kompletnie o niczym. Zapominałam o wszystkich problemach. Tak, jakby zniknęła szufladka „kłopoty” z mojego umysłu. Cieszyłam się. Tak! Delektowałam się tym świeżym powietrzem. Tą chmurką na niebie. Tym kwiatkiem, który rósł u góry. Tym drzewem, które było na dole. Wszystkim. Bez wyjątku. Wszystkim co tam było, w Zakopanem. Mogłabym tak siedzieć na tej górskiej trawie bez końca, jednakże czas był brutalny i bez skrupułów nas poganiał.

Podczas tej naszej kilkudniowej wycieczki, poszliśmy do Kuźnic. Stamtąd pojechaliśmy kolejką górską na Kasprowy Wierch.  Te widoki powodowały, że nogi mi się uginały. Z entuzjazmem spacerowałam po szczycie. Gdy wróciliśmy na dół, zupełnie przypadkowo nawiązałam rozmowę z turystami wracającymi z Giewontu. Podczas te krótkiej wymiany zdań, Ci ludzie uświadomili mnie, że ja też mogę tam wejść, mimo braku wiedzy o wędrówkach górskich. Ucieszyłam się ogromnie. Całe popołudnie czytałam o sW Tatrachzlaku, o tym jak się przygotować do tej wędrówki, o której godzinie najlepiej wyjść etc. Zestresowana tą wyprawą, postanowiłam porzucić nasze wieczorne plany i zanurzyć się w błogi sen, żeby mieć siłę na jutro.

Wraz ze wschodem słońca, kiełkował we mnie tryumf, dlatego że zdobywam coś,
co jeszcze dwa dni wcześniej było dla mnie zupełnie nieosiągalne. Szłam pod górę.  Odkrywając centymetry niezbadanych kilometrów, czułam, że spełniam siebie. Swoje niejawne pragnienia. Zamiast męczyć się, każdy kolejny metr sprawiał, że nabieram sił. Gdy zobaczyłam krzyż, z podnieceniem spieszyłam na szczyt. Weszłam tam. Zdobyłam! Zdobyłam Giewont! Ten dla mnie ogromny Giewont. Jak usiadłam sobie na szczycie, miałam wrażenie, że dotknęłam swoje marzenia. Słyszałam też wszechobecną ciszę.
Miałam takie szczęśGiewont Tatrycie, że przez chwilę byłam sama i krzyknęłam, bardzo głośno „Kocham góry”. Byłam taka szczęśliwa. Chciałam, aby one mnie też pokochały.  Żeby mnie wołały. Tak głośno, że usłyszę je na Pomorzu. Przytuliłam i pocałowałam jedną skałę, w nagrodę. W nagrodę za to, że pozwoliły mi odkryć miłość do nich.

Gdy stanęłam na skraju skały, miałam wrażenie, że na dole nic nie ma. Bo też nic nie widziałam oprócz obłoków. Aż chciało się rzucić w tę białą otchłań. W tę piękną nicość. Bardzo tajemniczą. Na szczęście w tamtym momencie pokładałam rozum nad serce. W przeciwnym razie nie zapanowałabym nad emocjami i rzuciłabym się w dół.

Nie chciałam zejść stamtąd, ze strachu. Ze strachu, że już nigdy tu nie wrócę. Na Giewont. Do Zakopanego. W góry. Że nigdy nie zobaczę tych pięknych gór, które o wschodzie słońca wyłaniają się spod mgły, a wieczorem się nią okrywają. Że już nigdy nie będę w niebie na Ziemi.  Bałam się bardzo. Mój chłopak jednak zapewniał mnie, że tu wrócimy. Nie raz, nie dwa. Faktycznie, tak się stało. Góry wołały mnie. Tak głośno i często, że po dwóch miesiącach musiałam wrócić. Zakopiańskie szczyty chciały, bym znowu na ich widok przeżywała uniesienie. Okryte białą płachtą, nieopisanie wzruszały moje serce.

Obecnie jeżdżę tam dwa razy w roku. Jesienią i zimą. Tak będzie w miarę możliwości do końca mojego życia. Zostawiłam tam cząstkę siebie. Z każdym następnym wyjazdem odkrywam coś nowego i wiem, że jeszcze wiele przede mną.  Nie sposób jest pojechać tam raz, może dwa i wszystko zwiedzić.

Gdy będę mieć dzieci, z radością przedstawię im tatrzańskie piękno. Kto wie, może nawet pokochają je tak jak ja.

Autor tekstu: Aneta Główczewska

Komentuj

Kategorie: Okiem Internauty

Tagi: , , , ,