mareksuwara

Dzień 1

Nadeszły nasze upragnione wakacje. Wyjechaliśmy z Wrocławia około godziny 23:00 i całą noc spędziliśmy w pociągu. Niestety stolica Dolnego Śląska nie posiada bezpośredniego połączenia kolejowego z Zakopanym, dlatego musieliśmy czekać w Krakowie prawie półtorej godziny na przesiadkę. Do Zakopanego dotarliśmy o 8:00 rano. Udaliśmy się do miejsca naszego noclegu by chwilę odpocząć i bardzo zaciekawieni tym, co dziś zobaczymy, udaliśmy na Krupówki.

Widok nas nie zaskoczył, zbyt dużo słyszeliśmy o tłumach spacerujących w tym miejscu. Nastawieni na górskie wycieczki zdecydowaliśmy się wejść na pierwszy  „szczyt”,  który trudno nazwać szczytem czyli na Gubałówkę. Nasza wędrówka zaczęła się przy Hotelu Kasprowy, gdzie niebieskim szlakiem udaliśmy się w kierunku Butorowego Wierchu. Po drodze mijaliśmy kolej krzesełkową Szymoszkowa, którą wybrali bardziej leniwi turyści.

 W górę drogi na Gubałówkę naszym oczom ukazywały się piękne widoki Tatr, które widzieliśmy pierwszy raz w życiu. Byliśmy nimi zachwyceni.


W okolicach Butorowego Wierchu zjedliśmy pierwszego oscypka i udaliśmy się następnie czerwonym szlakiem na szczyt Gubałówki. Po drodze podziwialiśmy stragany pełne owieczek i innych pamiątek. W dół zjechaliśmy już kolejką, ponieważ niebo zaczęło się chmurzyć. Jak się okazało, był to fałszywy alarm i jeszcze popołudniu udaliśmy się mały spacer w celu zwiedzania miasta i okolic Kuźnic, gdzie mogliśmy z daleka podziwiać Nosal. Pierwszy dzień zaliczyliśmy do udanych i mimo zmęczenia – nie zmarnowanych.

 

Dzień 2


Celem drugiego dnia naszej wycieczki była „rozgrzewka” przed zdobywaniem wyższych szczytów, czyli wyprawa na Sarnią Skałę. Mimo niesprzyjającej pogody i zapowiadającego się deszczu zdecydowaliśmy się na wyjście w góry, nie chcieliśmy czekać już ani dnia dłużej aby poczuć pod stopami tatrzańskie szlaki. Wyruszyliśmy z Kuźnic z samego rana, początkowo zbaczając ze szlaku by odwiedzić Pustelnię Świętego Brata Alberta.

 

Po wyjściu z będącego obok maleńkiego kościółka zaczął padać deszcz, co nie było wielkim zaskoczeniem. Nie daliśmy się jednak przestraszyć chmurom i mgle i dalej podążyliśmy czarnym szlakiem, by osiągnąć cel naszej wędrówki. Trasa nie była zbyt wymagająca, aczkolwiek bywały bardziej strome i męczące podejścia, zwłaszcza ostatnia faza podejścia na szczyt. Wejście na Sarnią Skałę dało nam pierwszą dawkę satysfakcji.

 

Po krótkim odpoczynku podążyliśmy w dół dość monotonnym szlakiem w kierunku Polany Strążyskiej. Deszcz ciągle padał, dlatego w Herbaciarni „Parzenica” zaopatrzyliśmy się w palto przeciwdeszczowe. Stamtąd udaliśmy się do Wodospadu Siklawica , który niestety nie wywarł na nas wielkiego wrażenia.
Przemoczeni, ale bardzo zadowoleni z tej wyprawy wróciliśmy do domu z zakupioną po drodze pizzą.

 

Dzień 3

 

Tego dnia wstaliśmy bardzo wcześnie, ponieważ czekała nas długa wyprawa na Kasprowy Wierch. Wtedy też po raz pierwszy mieliśmy okazję przekonać się, że opowieści o nadzwyczaj długim oczekiwaniu na kolejkę w kierunku zamierzonego przez nas szczytu, były jak najbardziej prawdziwe. Jednak my, jako ambitni początkujący zdobywcy górskich szczytów, nawet przez chwilę nie pomyśleliśmy o skorzystaniu z tego „udogodnienia” . Rozpoczęliśmy swoją wyprawę wyruszając, podobnie jak poprzedniego dnia, od Kuźnic, a nasza droga aż do Myślenickich Turni przypominała raczej spacer pośród drzew.

 

Po dotarciu do pośredniej stacji kolejki  zobaczyliśmy pierwsze naprawdę piękne widoki.

 

Zachwyceni tym miejscem zrobiliśmy sporo zdjęć i po zjedzeniu drugiego śniadania wyruszyliśmy w dalszą drogę. Cudowne widoki towarzyszyły nam przy coraz bardziej stromym i wymagającym podejściu na szczyt. Pod samym wierzchołkiem rozciągały się gęste chmury, wiał zimny wiatr, a widok w dół mógł być zarazem piękny jak i naprawdę przerażający.

Gdy dotarliśmy na szczyt, byliśmy z siebie bardzo dumni, ponieważ Kasprowy Wierch był najwyższą zdobytą do tej pory przez nas górą. W najwyżej położonej w Polsce restauracji posililiśmy się przed dalszą drogą, a potem podążyliśmy w
stronę Hali Gąsienicowej po drodze rozkoszując się naprawdę zachwycającymi widokami. Często zatrzymywaliśmy się, by uwiecznić wyjątkowe miejsca, które mijaliśmy.

 

W schronisku Murowaniec, do którego dotarliśmy, przeraziły nas tłumy turystów. Głodni, ale zadowoleni wróciliśmy do Zakopanego żółtym szlakiem.

 

Dzień 4-5

Kolejne dwa dni pobytu w Zakopanem upłynęły nam, z powodu zapowiadanych burz, pod znakiem odkrywania ciekawych zakątków miasta. Miłym zaskoczeniem był odbywający się wtedy w mieście Kiermasz Produktów Regionalnych, gdzie rozsmakowaliśmy się w pysznym, aczkolwiek dość wysokoprocentowym miodowym piwie.

Tego dnia zjedliśmy również najlepszy żurek w całym Zakopanem, dlatego karczma Zapiecek jest naszym zdaniem jak najbardziej godna polecenia.

 

Popołudnie spędziliśmy w okolicach skoczni narciarskiej, gdzie zastała nas burza, która przeraziła nas na tyle, że zdecydowaliśmy się na powrót do domu.


Przez zupełny przypadek zauważyliśmy, że w Zakopanem odbywają się Dni Otwarte TOPR, wiec korzystając z okazji odwiedziliśmy bazę śmigłowca, gdzie zobaczyliśmy sprzęt wykorzystywany przez tatrzańskich ratowników.

 

Bardzo zadowoleni byliśmy po zwiedzeniu Muzeum Tatrzańskiego oraz tak zwanego Żywego Muzeum, gdzie posłuchaliśmy bardzo ciekawych opowieści o ludziach związanych w jakikolwiek sposób z tym miejscem oraz o tym jak narodziło się i rozwijało taternictwo.

 

Po zasięgnięciu sporej porcji wiedzy postanowiliśmy się trochę zabawić w salonie gier , gdzie prym wiodła oczywiście ciężarówka.

 

Dzień 6

 

Wyprawy na Nosal nie planowaliśmy wcześniej, jednak stwierdziliśmy, że będzie to odpowiednie miejsce na niedzielny mały spacer. Jak się później okazało – wcale nie taki łagodny. Podejście przez cały czas było dość strome i wymagające kondycyjnie, ale mimo niezbyt dobrego tempa udało nam się osiągnąć także i ten szczyt.

Zmęczeni odpoczęliśmy na pobliskiej hali i zdecydowaliśmy się na spacer do jednej z pięciu jaskiń udostępnionych dla turystów w polskich Tatrach. Po drodze minęliśmy duże stado owieczek, ale nie odważyliśmy się podejść bliżej, ponieważ były pod opieką zarówno bacy, jak i psa. Po dotarciu do jaskini okazało się, że Dziura była po prostu dziurą, a nie wielką jaskinią, jakiej się spodziewaliśmy. W drodze powrotnej chcieliśmy skusić się na oscypka u wspomnianego bacy, jednak było już zbyt późno.

 

Dzień 7

 

Giewont był tą górą, która zmusiła nas do pobudki o nieludzko wczesnej porze. Chcieliśmy być tam jak najwcześniej ze względu na niepewna pogodę oraz oczywiście kolejki. Kolejki- znak rozpoznawczy Zakopanego. Wędrówkę rozpoczęliśmy tradycyjnie od Kuźnic. Jako że nie zjedliśmy śniadania, liczyliśmy na to, że posilimy się w schronisku na Hali Kondratowej. Jednak, jak się okazało, przeliczyliśmy się. Zniechęciła nas mało sympatyczna obsługa, a przede wszystkim jedyne danie, które mogliśmy tam zjeść, czyli gorący kubek Knorr.

 

Podejście w kierunku Śpiącego Rycerza wymagało dość dobrej kondycji. Napawając się pięknym widokami szliśmy właściwie prawie sami, co jest w Tatrach na pewno rzadkością.

 

Po raz pierwszy przy pomocy łańcuchów „wdrapaliśmy się” na sam wierzchołek, a stamtąd rozpościerał się zachwycający widok na miasto i góry.

Mieliśmy to szczęście, że na miejscu nie było jeszcze dużo ludzi (dotarliśmy tu około godziny 9.30) i mogliśmy rozkoszować się tym, co widzimy. Patrząc w niebo, zauważyliśmy zbliżające się ciemniejsze chmury, dlatego też czerwonym szlakiem zeszliśmy w dół, po drodze mijając wielu turystów, którzy dopiero podążali do miejsca, z którego my już wracaliśmy. Wykazaliśmy się naprawdę dobrym przeczuciem, ponieważ przy samym wejściu do Zakopanego zaczął padać ulewny deszcz i błyskały pioruny, a my przemoczeni biegliśmy przez Krupówki do domu, robiąc niemałe wrażenie na tych, którzy przed deszczem schronili się w karczmach.

 

Dzień 8

Kolejny dzień rozpoczęliśmy od dojazdu do Palenicy Białczańskiej, skąd udaliśmy się na spacer nad Morskie Oko. Asfaltowa droga nie była wymarzonym szlakiem dla górskich wędrówek, a opiewane Wodogrzmoty Mickiewicza nie zrobiły na nas tak wielkiego wrażenia, jak się spodziewaliśmy. Jednak warto było iść tą dość monotonną drogą pośród tłumu turystów i konnych bryczek z tymi najbardziej leniwymi, aby zobaczyć to, co później mogliśmy podziwiać.

 

Morskie Oko o tej porze jest naprawdę piękne. Nawet udało się nam znaleźć jedno spokojne miejsce by się posilić i zrobić pamiątkowe zdjęcia.

 

Okrążyliśmy jezioro, jednocześnie wchodząc jeszcze wyżej po stromych skalistych schodach by zobaczyć jeden z najcudowniejszych widoków, czyli Czarny Staw pod Rysami. Morskie Oko bardzo nam się podobało, ale Czarny Staw zdecydowanie zawyżył kryteria oceny. Po prostu cudnie, wyjątkowo.

 

W drodze powrotnej mijaliśmy wielu bardzo „odważnych” turystów którzy na pewno zobrazowali nam pojęcie „klapkowicza” w Tatrach. Jako że mieliśmy ograniczony czas ze względu na godziny odjazdu busów i zaplanowany wyjazd na Słowację następnego dnia to zdecydowaliśmy się na powrót do Zakopanego.

 

Dzień 9

W końcu nadszedł wyjazd, na który tak bardzo się cieszyliśmy – Tatralandia po słowackiej stronie Tatr. Mimo że już na samym początku przeraziła nas kolejka oczekujących na autobus, nie traciliśmy dobrego nastroju. Chyba cudem udało nam się zająć ostatnie siedzące miejsca w przepełnionym busie i wyruszyliśmy w niedaleką, bo dwugodzinną drogę pełną zakrętów, po których kierowca pędził jak szalony. Po dotarciu do Aquaparku zobaczyliśmy prawdziwe tłumy. Zakupiliśmy bilety i mieliśmy całe 7 godzin wodnego szaleństwa przed sobą. Jednak, jak się okazało , gdybyśmy chcieli skorzystać z wszystkich atrakcji zjeżdżalni to wodne szaleństwo zamieniłoby się w dłuuuugie czekanie w kolejkach po ponton. Zjechaliśmy więc z kilku a resztę czasu poświeciliśmy na skorzystanie z kąpieli w termalnych źródłach, gdzie woda miejscami parzyła w pupę.

 


Nie udało nam się jednak popluskać w bąbelkach okupowanych przez godzinami leżących mało aktywnych amatorów wodnych kąpieli. Po wyjściu z parku wodnego dostrzegliśmy Westernowe miasteczko, które znajdowało się tuż przy basenie. Podobało nam się, jednak spędziliśmy tam tylko chwilkę ze względu na odjeżdżający ostatni autobus. Dzień uznaliśmy za udany za sprawa pogody, ale bylibyśmy bardziej zadowoleni, gdyby nie tłumy i brak możliwości skorzystania ze wszystkich atrakcji.

 

Dzień 10

*Przy Lodowym Źródle weszliśmy na czarny szlak prowadzący do jedynej oświetlonej jaskini w polskich Tatrach- Jaskini Mroźnej, po wyjściu z której wróciliśmy ponownie na szlak zielony.
** Przy Polanie Pisanej weszliśmy na żółty szlak prowadzący przez Wąwóz Kraków do Smoczej Jamy. Po wyjściu ze Smoczej Jamy wróciliśmy na zielony szlak i poszliśmy w kierunku Schroniska na Hali Ornak. W drodze powrotnej do Kir zboczyliśmy na szlak czerwony by zwiedzić dwie kolejne jaskinie – Mylną i Raptawicką.
Przedostatni dzień naszej wycieczki spędziliśmy podziwiając uroki Doliny Kościeliskiej i poznając wszystkie mniej lub bardziej ukryte w niej jaskinie. Wyprawa była właściwie lekkim spacerkiem wzdłuż tej doliny, gdzie mimo niewielkich wysokości mieliśmy okazję zobaczyć piękne widoki. Pierwszym, co zobaczyliśmy była jedyna w Tatrach oświetlona jaskinia – Jaskinia Mroźna.

 

 

Ogromne wrażenie zrobił na nas Wąwóz Kraków oraz znajdująca się tam kolejna jaskinia – Smocza Jama. Samodzielnie wdrapaliśmy się do niej po metalowej drabince i pokonaliśmy ją przy pomocy łańcuchów.


Było ciemno i strasznie. Wychodząc na szeroką polanę zobaczyliśmy turystów wspinających się po prawie pionowej ścianie. Zaciekawieni zorientowaliśmy się, że w tym miejscu znajdują się dwie kolejne, bardzo atrakcyjne turystycznie jaskinie – Mylna i Raptawicka. W Mylnej z powodu słabego przygotowania w kwestii odzieży zobaczyliśmy tylko jej pierwszy korytarz a Jaskinię Raptawicką miał okazję zobaczyć tylko Marek, ponieważ ludzie idący po łańcuchu pod prąd i zatrzymujący się spanikowani w połowie drogi, budzili zbyt duże przerażenie.

 

W drodze powrotnej z jaskiń zobaczyliśmy to, na co długo czekaliśmy. Stado pasących się owieczek pod opieka bacy i pasterskiego psa, który idealnie wtapiał się w tłum. W końcu, już prawie ostatniego dnia pobytu w górach udało nam się podejść do nich na niewielką odległość. Było to miłe zakończenie tej wyprawy.

 

Dzień 11

Byliśmy już bardzo smutni, ponieważ to nasz ostatni dzień pobytu w Zakopanem. Po spakowaniu się wyszliśmy do miasta aby skorzystać jeszcze jak najwięcej z tego dnia. Tym razem wjechaliśmy kolejką na Gubałówkę i tam zakupiliśmy pamiątkowe owieczki. Ciekawą atrakcją była zjeżdżalnia grawitacyjna, która sprawiła nam spora frajdę.

 

Nie mogliśmy tu jednak spędzić dużo czasu, bo zaplanowaliśmy sobie jeszcze wejście na skocznię Wielka Krokiew, która z wysokości progu robiła naprawdę niebywałe wrażenie.

 

Dużo pozytywnych emocji przysporzyło nam wejście do odwróconego domku, gdzie spodziewane wrażenia grawitacyjne były naprawdę bardzo odczuwalne. Tak się tam „zasiedzieliśmy”, że właściwie w biegu wracaliśmy po walizki i udaliśmy się na dworzec, gdzie czekał na nas już przepełniony pociąg i , jak się okazało, droga powrotna z sympatycznymi siostrami zakonnymi w przedziale.

Autorzy tekstu: Paulina Swat i Marek Suwara

Komentuj

Kategorie: Okiem InternautySzlaki tatrzańskie

Tagi: , , , , , , , , ,