fot. Joanna Koszewska

Nazywam się Joanna Koszewska. Urodziłam się 30 stycznia 1985 roku w szpitalu w małym mieście pod Łodzią. Gęste, ciemne włoski, ciemnogranatowe oczy i 9 na 10 punktów w skali Apgar – okaz zdrowia. Nic nie zapowiadało późniejszych kłopotów. Jednak pewnego dnia dostałam zastrzyk.

Miał mi pomóc zwalczyć żółtaczkę fizjologiczną. Jednak ta mała igła narobiła więcej szkody niż pożytku. Mogę powiedzieć nawet więcej – ta mała, malutka igła zmieniła moje życie. Dostałam wtedy „w prezencie” gronkowca złocistego. Niczego nieświadomi rodzice zabrali mnie do domu. Jednak po jakimś czasie zaczęłam się dziwnie zachowywać. Płakałam kiedy tylko mama próbowała mnie dotknąć, jakby każde muśnięcie dłoni sprawiało mi ból. Rodzice zaczęli ze mną jeździć po lekarzach. Nikt nie umiał powiedzieć co mi jest. Leczono mnie między innymi na zapalenie ucha. Bez skutku. Objawy się pogarszały.

Wreszcie mama trafiła do szpitala, w którym rozpoznano u mnie gronkowcowe zapalenie stawów i kości. W ostatniej chwili. Lekarze stwierdzili, że jakaś godzina dzieliła mnie od śmierci. Szybko przetoczono mi krew. Jednak nie udało się odwrócić spustoszenia jakie poczyniła w moim organizmie ta wredna bakteria. 10 cm skrócona ręka i zdeformowany staw, obustronne zwichnięcie stawów biodrowych, skrócenie lewej nogi o kilka centymetrów, brak rzepki kolanowej w lewym kolanie, szpotawe lewe kolano, „zeżarte” głowy kości biodrowej… Ale żyłam.

Kilkakrotne gipsowanie nóżek przed pierwszym rokiem życia sprawiło, że zaczęłam chodzić dopiero gdy miałam 2 latka. Kiedy skończyłam 9 lat przeszłam kolejną serię operacji. Długie miesiące w szpitalach- najpierw operacje, a potem rehabilitacja – na zawsze pozostaną w mojej pamięci. Nigdy nie zapomnę usuwania z kości drutów o grubości 1 cm bez znieczulenia. Pamiętam jak patrzyłam na mamę trzymającą mnie za dłoń, zagryzałam wargi z bólu i czułam, że po policzkach płyną mi łzy. Nie wydałam z siebie żadnego jęku czy westchnienia. Nigdy nie zapomnę ran, które nie chciały mi się goić z powodu gronkowca właśnie. I mamy, która z miłością, cierpliwie zmieniała mi opatrunki.

Tak więc w szpitalu dostałam w prezencie paskudne choróbsko. Tymczasem rodzice zarazili mnie najpiękniejszą „chorobą”- pasją podróżowania. Pierwszą wielką miłością jaką we mnie zaszczepili było gorące uczucie do Tatr. O ironio! Ja, która nie mogłam wspinać się po górach, zakochałam się w tych najwyższych i najbardziej wymagających górach w Polsce. Od 13 roku życia jeździłam z rodzicami w Tatry przez 10 lat co roku albo nawet dwa razy do roku. Zrobili wszystko, żebym mogła doświadczyć ich w jak najpełniejszym wymiarze.

I choć czasem nocami chlipałam, że nie dam rady wejść nawet na Giewont, na który wspinają się nawet małe dzieci, to i tak kochałam Tatry całym sercem. A rodzice i siostra robili wszystko, żebym mogła zobaczyć ich jak najwięcej. Czasem nie było łatwo. Ale każda łza i każdy ból bioder czy kręgosłupa był warty tych chwil spędzonych w Tatrach.

Najwyższy szczyt na jaki udało mi się wdrapać to Sarnia Skała. To co prawda tylko 1377 metrów, ale każdy z nas ma swoje Kilimandżaro. Moim tatrzanym Kilimandżaro była właśnie Sarnia Skała. Oprócz tego wczołgałam się na Nosal i Mały Kopieniec. Zobaczyłam też sporo dolin, niektóre kilkukrotnie – Białego, Kościeliską (dwa razy przeszłam ją o kulach w obie strony), Małej Łąki, Strążyska, Za Bramką, Roztoki. Weszłam też na 1/3 drogi do Czarnego Stawu. Niestety nie dałam rady przejść całej drogi. Nieodżałowana pozostaje też Dolina Pięciu Stawów Polskich i Gąsiennicowa. Momenty, które najbardziej pamiętam? Dolina Chochołowska. Wynajęcie rowerów. I bolesne uświadomienie sobie, że nie dam rady pokonać tej trasy. Inni pojechali na wycieczkę, a ze mną została mama. Gorzko smakował wtedy smutek wymieszany z bezsilnością. Co jeszcze pamiętam? Siostrę wciągająca mnie za rękę na jakieś wzniesienie. Szłyśmy „od znaczka do znaczka”, czyli od jednego oznaczenia szlaku do kolejnego. Jeśli do takiego doszłam, mogłam zrobić chwilę odpoczynku. A nie było mi łatwo się do niego doczołgać:)

W głowie utkwiło mi też wspomnienie taty wpychający mnie na skalisty szczyt Nosala i mama podająca mi z góry rękę, żebym mogła zobaczyć widok z góry i po raz kolejny zaśmiać się chorobie w nos. Pamiętam też Słowacki Raj. Szliśmy wiele kilometrów po metalowych kładkach rozpiętych nad rzeką. Wspinaliśmy się po łańcuchach. Ja noga za nogą, rodzice asekurujący mnie z obu stron. I ludzie, który czekali aż przejdę ten trudny odcinek. A potem oklaski kilkunastu osób, którymi nagrodziły one moje zmagania z chorobą. Bezcenna chwila:)

Kiedy jednak po przejściu tej trasy doszłam do naszego samochodu, byłam tak zmęczona, że padłam na siedzenie. Ktoś niestety dobrze go nie docisnął, więc fotel zwalił się na mnie z hukiem. W tym momencie zeszło ze mnie całe zmęczenie i ból. Rozpłakałam się. Siedziałam tam dociśnięta fotelem do szyby i zalewałam się łzami. Rodzice do tej pory twierdzą, że wyglądałam wtedy jak wyczerpany obraz nędzy i rozpaczy. Ale nikt nie zabierze mi tego, że moja choroba dostała ode mnie kolejnego kopa, a ja zobaczyłam kolejne miejsce w moich ukochanych Tatrach.

I moment najbardziej bolesny. Kiedy poszłam sama do Doliny Białego i uświadomiłam sobie, że kondycja padła mi już do tego stopnia, że nie dam rady chodzić nawet po kamienistych dolinkach. Wróciłam nie doszedłszy do końca doliny. Od tamtej pory nie byłam w Tatrach. Za bardzo boli świadomość, że nie mogę ich już oglądać od „wewnątrz”. Ale pewnie jeszcze tam kiedyś wrócę, bo prawdziwa miłość, taka jak moja do Tatr – nigdy się nie kończy….

Autor tekstu: Joanna Koszewska

Komentuj

Kategorie: Okiem Internauty

Tagi: , , , ,