Kamerki PKL

Zima. Jakaś tam myśl, żeby w Tatry… Ale jak to w zimę: tysiące powodów by nie jechać. Mam coś w sobie z lenia. I szukam sposobności by się wykręcić sam przed sobą. A bo samemu, a bo całonocne podejście, a bo zimno, a bo niebezpiecznie. A sobie zerknę na kamerki…

No i nie ma możliwości, żeby cokolwiek mnie mogło powstrzymać. Pogoda mówi o bezchmurnej, bezwietrznej nocy. Temperatura piętnaście kresek poniżej zera więc relatywnie ciepło. Jak będzie w ciągu dnia – to bez znaczenia. I tak będę już wtedy z powrotem na Hali. Lawinowa dwójka. Jest dobrze. Wyrzucam z szafy plecak. Apteczka, raki, czekan, kije, gogle, czołówka, termos, dodatkowy polar, czapka, buff, stuptuty, rękawice, statyw, aparat, kalorie, kofeina…chyba wszystko.

Parę minut po 22-giej siedzę już w busie do Zakopanego. Kwadrans po północy wysiadam na miejscu. Szybkim tempem dochodzę przed 1 do Kuźnic. Chwila przerwy na bułkę i gorącą jeszcze herbatę. Stuptuty, kijki i w drogę. Niemalże z zamkniętymi oczami mijam Boczań. Trasa przechodzona dziesiątki razy, zimą jednak urzeka – szczególnie gdy idzie się samemu nocą. Tylko ja, skrzypiący pod nogami śnieg, las i światło czołówki. Ma coś z mantry takie podejście. Drzew dookoła coraz mniej, coraz niższe, ścieżka szybko wyprowadza na Skupniowy Upłaz.

Odwracam się i patrzę na migoczące pod nogami Podhale. Miałem lekkie obawy idąc samemu, ale teraz już wiem, że i zimą będę samotnie uciekać w Tatry. Cisza i potęga gór dookoła wprowadziły intymną  atmosferę, której nie skazi „letnia stonka”. O tej porze nie ma nawet konieczności ucieczki ze szlaku, tak jak ma to miejsce latem w ciągu dnia. „Słysząc” tylko ciszę  wychodzę na Przełęcz między Kopami, i dalej szybko na Królową Rówień, chcąc zgubić resztki cywilizacji. Gaszę czołówkę. Przyzwyczajam wzrok do ciemności i po chwili ukazuje się piękna Hala Gąsienicowa rozświetlona światłem samych gwiazd. Miliony, miliardy gwiazd! Czegoś takiego jeszcze na oczy nie widziałem!

Hala Gąsienicowa

Za każdym razem w górach odkrywam coraz to nowsze rzeczy, które przez lata skradało mi miasto. Siadam na chwilę na zaśnieżonej ławce, robię parę zdjęć i ruszam dalej do Murowańca. Po 3-ciej jestem w schronisku. Ciemno, cicho, pusto. Nawet w tym zazwyczaj zapełnionym miejscu. Rozkładam się na schodach. Odpoczywam, posilam się kanapkami, wypijam herbatę i sporą porcję jakiegoś „energetyka”. Przed 4-tą wychodzę ze schroniska. Na szczęście droga przedeptana. Spacer wyjątkowo przyjemny. Wszystko dookoła śpi. Jestem tak zaabsorbowany pochłanianiem gór, że nie zauważam momentu, w którym docieram pod Kocioł Gąsienicowy. Dłuższa przerwa na zdjęcia i wybór dalszej drogi.


fot. Janusz Dębiński
 


Jak w tym roku unikałem Hali Gąsienicowej, lekko znudzony nią po sezonie 2012, tak na nowo zakochuję się w tym miejscu. Chowam statyw, aparat, ruszam dalej, próbując się „wbić” w grzędę opadającą z Beskidu, ale warunki śniegowe takie, że zapadam się po pas w puchu. Wracam szybko na cienki, wyratraktowany pas opadający z Suchej Przełęczy i ruszam do góry. Co chwilę przystaję, ale nie ze zmęczenia. Po prostu mam ochotę siedzieć i sycić wzrok, mając w świadomości to, że za godzinę, może półtorej, zacznie świtać. Obserwatorium na Kasprowym coraz jaśniej i bliżej. I tak bez pośpiechu, co chwilę podziwiając widoki docieram na Suchą Przełęcz, a z niej dalej na Beskid. Wiatr o dziwo prawie nieodczuwalny, więc mogę spokojnie usiąść. Jest dość ciepło. Na śniadanie  trochę za wcześnie. Wyciągam aparat i próbuję uchwycić to co mam przed oczami.

fot. Janusz Dębiński
fot. Janusz Dębiński
 

Nie mogę się nadziwić, że bezksiężycowa noc może być aż tak jasna. Odwracam się w stronę Świnicy i zaczynam obserwować moją ulubioną grę kolorów, gdy zaczyna świtać.

fot. Janusz Dębiński


Zastanawiam się co dalej. Szybka decyzja – idę w stronę Świnicy, póki słońce nie zacznie przygrzewać stoków. Bardzo szybko się rozjaśnia i  gdy kończę trawers Pośredniej Turni, wschodzące słońce oświetla Tatry Zachodnie.


fot. Janusz Dębiński

Rozproszony i lekko zmęczony idę dalej. Noga wpada w jakąś dziurę przysypaną śniegiem a drugą nogą kopię się w łydkę czując przeszywający ból. „Kuźwa, pieprzone raki!”. Spoglądam na spodnie – dziura. Siadam, podwijam nogawkę myśląc – byle nie za głębokie to cięcie. Długa szrama, ale nie wygląda to źle. Na mrozie krew szybko krzepnie zaklejając ranę. Zakładam opatrunek, korzystam z przerwy, jem śniadanie, dopijam resztę herbaty, trochę energetyka, robię parę  zdjęć i ruszam dalej.

fot. Janusz Dębiński
 

 

Wbijam się w spory żleb i dość szybko nabieram wysokości. Śniegu jeszcze niezbyt wiele i podejście to czasem zabawa z wystającymi kamieniami i trawkami. Pośrednia Turnia już  dość nisko pode mną.

fot. Janusz Dębiński
 

Żleb, w którym się znajduję, nagle robi się coraz bardziej  stromy i staje dęba.

fot. Dębiński Janusz
 

Wiem, że tak stromo tu być nie powinno. Ale  wiem też, że od wierzchołka dzieli mnie nie więcej niż 50, może 70 metrów. Głowię się jak ugryźć ten kilkumetrowy skalny próg. Latem  nie stanowiłby większego problemu, ale teraz,  z turystycznym czekanem i w pojedynkę  jest dla mnie nie do przejścia. Coraz bardziej wściekły uświadamiam sobie: wbiłem się w niewłaściwy żleb! Zrezygnowany siadam. Zaczyna robić się ciepło. Słońce coraz wyżej. Nie ma już większych szans by zawrócić i szukać właściwego podejścia. Nawet mi się nie chce. Robię parę zdjęć:

fot. Janusz Dębiński
fot. J. Dębiński

Z kolejki na Kasprowy wychodzi pierwsza porcja turystów. Czas wracać. Szybkim tempem schodzę do Świnickiej Przełęczy, trawers Pośredniej Turni, dalej Skrajna Turnia, Beskid. Ściągam  raki, próbuję jak największą część drogi pokonać dupozjazdem, ale ciężki, mokry śnieg nie ułatwia mi tego. Przed południem Murowaniec, szarlotka, herbata, i po godzinie 15 już w busie do Krakowa. Wracam czując niedosyt, ale też mając świadomość, że za kilkanaście dni tu wrócę. Zawsze wracam.

Autor tekstu: Janusz Dębiński

Komentuj

Kategorie: Okiem InternautySzlaki tatrzańskie

Tagi: , , , , ,