fot. Katarzyna Olszewska

Gdyby ktoś kiedyś powiedział mi, że w przeciągu pięciu minut podejmę decyzję o rzuceniu wszystkiego i inspirowana obejrzanym w jedną noc sezonem „Szpilek na Giewoncie”, wyjadę na wolontariat w Tatry w poszukiwaniu nowego celu w życiu, popukałabym w czoło. Ale dlaczego by nie spróbować. Odbyty w schronisku wolontariat, spełnione marzenia o samotnych wyprawach ,no i oczywiście nie zostanie kolacja dla żadnego wygłodniałego wilka czy niedźwiedzia uświadomiło mi, że jakaś cząstka mnie chce pozostałą część życia spędzić w górach. A od marzeń o posiadaniu własnego schroniska będzie można z czasem przejść do realizacji.

Była godzina druga w nocy, kiedy upchnęłam do ledwo już zamykającego się bagażnika samochodu ostatnie jakże to „niezbędne” rzeczy, przekręciłam kluczyk i modląc się w duchu ( pewnie razem z samochodem) ruszyłam ku przygodzie. Z każdym przejechanym kilometrem zostawiałam za sobą miejski zgiełk, tramwaje, wiecznie spieszących się smutnych ludzi i wszystkie problemy. Przede mną do pokonania prawie 800 kilometrów…800 długich kilometrów, a z każdym jednym coraz to więcej nasuwających się myśli i wątpliwości. Czy dobrze robię? Czy trafię? Czy mój prawie 20 letni wypakowany po brzegi samochód, równie dobrze zniesie podróż? Czy wszystko będzie dobrze?

Z drugiej strony nie mogłam już doczekać się dojazdu na miejsce. Myśl o tym, że już za parę godzin poznam tych wyjątkowych ludzi gór, znajdę się w miejscu z „duszą”, które ma swoją historię i sama niebawem stanę się jej częścią sprawiła, że monotonna jazda zdawała się płynąć szybko. Od kilku lat  regularnie każda wolną chwilę starałam się spędzać w górach, a klimat wszystkich schronisk budził we mnie fascynację. Moim marzeniem było stanąć po drugiej stronie. Wyobrażałam sobie salę pełną ludzi popijających herbatkę z rumem przy dźwiękach gitary, uśmiechniętych pracowników służących zawsze pomocą i dobrą radą oraz siedzącego przy blasku palonego drzewa w kominku – kierownika- będącego uosobieniem ducha gór i wprowadzającego gości  swoją gawędą w prawdziwie mistyczny  klimat…

Godzina 13:00 – powoli osiągam cel…Po drodze rozciąga się niesamowity widok górskie szczyty. Niebo bezchmurne. Idealny czas i miejsce na to, by rozpocząć nowy rozdział w swoim życiu. Po dotarciu na miejsce pojawiły się wątpliwości. Drżącą ręką wyciągam telefon i wykręcam numer do kierownika. Cisza…po 10 minutach znowu cisza, a potem następna i następna…Pewnie jest zajęty, pewnie zapracowany, a może po prostu zapomniał… Godzina 14:00 – oddzwonił. Już jedzie. Myśli o ponownym odpaleniu silnika i powrocie do domu zostały rozwiane. Godzina 15:00 – czekam. Dalej czekam. Ciągle czekam… Godzina 16:00 – w końcu jest. Pierwsza lekcja na dziś: czas w górach płynie zdecydowanie inaczej niż na nizinach.

Porzuciłam swoje ukochane auto. Jedyną możliwą i realna drogę ucieczki  i na najbliższe 3-4 tygodnie przekroczyliśmy granice parku narodowego. Teraz nie było już mowy o powrocie do domu. Po dotarciu na miejsce dostałam swój pokój :) Teraz pojawia się pytanie – czym dla kogo może być pokój? Mój miał może niecałe 4 metry kwadratowe po podłodze, malutkie niezamykające się okno, skosy i dwie (niezastąpione!:)) belki stropowe na środku!

Każdy dzień witałam uderzając głową w skos nad moim łóżkiem, a kończyłam zaliczając także głową albo jedną, albo drugą belkę stojącą na drodze między pstryczkiem gaszącym światło a łóżkiem…  (po pierwszym zjeździe do domu zaopatrzyłam się  w lampkę nocną, dzięki której moja głowa nie ma żadnych wypukłości). Mimo wszystko pokoik podobał mi się bardzo. Po rozpakowaniu rzeczy zrobiło się nawet przytulnie. Nie licząc wiatru, który wraz z deszczem wpadał do środka i przeciekającego sufitu naprawdę miał swój urok.

Pierwszy dzień miałam wolny. Zapewne na zaaklimatyzowanie się. Postanowiłam od razu spożytkować go  na krótką wyprawę po okolicy i przemyślenia. Pierwszy tydzień okazał się niezwykle ciężki, nie tyle fizycznie co wewnątrz mnie. Całe moje wyobrażenie okazało się jednym wielkim mitem. Ludzie, którzy mieli być wyjątkowi okazali się zwykłymi szarymi zagubionymi ludźmi, nie mającego nic wspólnego z górami, którzy nie tylko mają problemy z samym sobą, często też z nadużywaniem alkoholu oraz symptomami związanymi z jego brakiem, to jeszcze nie wnoszą w ten obiekt absolutnie nic. Nierzadko siedzą tam jak na wygnaniu, bo nie mają dokąd wracać. A ta „ lepsza część” nie mając swojego własnego życia (poza życiem w schronisku) żyje plotkami często robiąc tym krzywdę innym. Marzenia o wycieczkach w góry odeszły w niepamięć, ponieważ kiedy tylko nie pracowało się od świtu do nocy i padało z wycieńczenia spać, to złośliwość losu była tak okrutna, że zsyłała burzę, wiatr i mgłę, która pojawiała się zawsze wtedy kiedy kończyło się pracę, bo oczywiście w ciągu całego dnia pracy musiało świecić słońce :) Chociaż i to z czasem miało swój urok. Wszelkie wyprawy odbywały się zazwyczaj w ekstremalnych warunkach zazwyczaj po zachodzie słońca. Ale zapierające dech w piersiach zachody i wschody słońca widziane przez okno, czy nocne leżenie na kocu przed schroniskiem i patrzenie w niebo na spadające gwiazdy pozwalały zrekompensować brak wonnego czasu.

A co ze wspomnianym wcześniej uosobieniem ducha gór? No cóż…nie miał on nic wspólnego z moimi wyobrażeniami. Wiecznie zalatany, zapracowany, ledwo wiążący koniec z końcem, skąpiący na wszystko każdego grosza, a na widok każdego turysty zamiast oczu pojawiały mu się  dwie pięciozłotówki :)  Niestety, prawda okazała się być bolesna. Nawet tutaj na wysokości XXX m.n.p.m. wszystko sprowadza się do pieniędzy. Ciągle na coś brakuje. A ludzi jak na złość – z roku na rok coraz mniej. Na wszystkim trzeba oszczędzać, a każdy grosz odkładać. Na dzierżawę, na opłaty, na paliwo, pracowników, wyżywienie itd… No cóż – żyjemy w XXI wieku      i choć w górach czas płynie wolniej, nie znaczy, że nie niesie on ze sobą problemów. Ponadto przez kilkanaście lat spędzonych w schronisku oraz prawdopodobnym brakiem własnych życiowych przeżyć i przygód jego jedynym oknem na świat był założony w schronisku monitoring, a wszelkie pogłoski o kryjących się w górach złodziejach, degeneratach i samobójcach przyjmował chyba aż nadto do siebie i widział ich w każdym z nas. A integracje i nasze wspólne spędzanie czasu po pracy odbierał jako spisek i bunt przeciwko niemu… Czuwał więc uważnie przed kamerami i wymyślał kolejne kary, które to wcielał w życie następnego dnia…

Nieraz człowiek zostawał sam ze swoimi myślami, wtedy zazwyczaj pojawiało się pytanie: czy to jest właśnie to? Czy to jest to spełnienie marzeń? Przecież pracując na barze miałam tworzyć historię, miałam być duszą tego miejsca. Tymczasem zamiast wdawać się w długie rozmowy z wędrowcami, służyć im radą i pomocą, musiałam chylić głowę wysłuchując pretensji, że jedzenie podawane jest w plastikach, że czas oczekiwania jest zbyt długi, że jest zimno, drogo, brzydko… Nierzadko również poza pracą na barze pracowałam w kuchni i przy sprzątaniu nawet po kilkanaście godzin. Najgorsze były wieczory. Człowiek dzień w dzień skazany na to samo miejsce i tych samych ludzi, często wylewający łzy w poduszkę…bez telewizora, internetu, z towarzyszącym każdego dnia brakiem zasięgu w telefonie…Sam na sam ze swoimi myślami – z dala od rodziny i przyjaciół. A miało być tak pięknie…

Przekonanie, że praca w górach, ucieczka od miasta i życia codziennego pozwoli oderwać się od problemów jest jak najbardziej mylne. Z czasem problemy powracają jak bumerang, nawet ze zdwojoną siłą… Jednak wszystkiego w życiu trzeba się nauczyć. Do wszystkiego można przywyknąć, wszystko zacząć od początku i wiele zmienić. Przede wszystkim należałoby zacząć od siebie… Nie spodziewałam się, że brak kontaktu ze światem może być kiedykolwiek zastąpiony wielogodzinnymi rozmowami z nowo poznanymi przyjaciółmi, którzy pomimo odległości pozostaną nimi w moim sercu na długie lata, grę na gitarze i wpatrywanie się w milczeniu w płomienie ogniska, z których nieraz tak wiele można wyczytać.

Duch gór, którego nieustannie próbowałam chwycić za nogi i odnaleźć w klimacie schroniska, w napotkanych ludziach, w otaczających mnie górskich krajobrazach –  odnalazł mnie pierwszy… Do tej pory nie wiedziałam, że towarzyszył mi każdego dnia, każdego poranka. Podsuwał mi pomysły na przetrwanie, dodawał sił, strzegł we mgle i wietrze, a podczas nocnych spacerów odbijał w blasku księżyca…nierzadko ocierał łzy… Poznałam cudownych ludzi, którzy są dla mnie jak rodzina, wniosłam w swoje życie nowe wartości. Jestem silniejsza, nauczyłam się wielu cennych rzeczy..  Dzięki niemu odnalazłam w końcu swoje miejsce na ziemi.

Autor tekstu: Katarzyna Olszewska

Komentuj

Kategorie: Okiem Internauty

Tagi: , , ,