fot. podgiewontem

W samotni św. Brata Alberta w Kalatówkach czytamy „Człowiekiem gór nie jest ten, który umie i lubi chodzić po górach ale ten, który górami potrafi żyć w dolinach.” Właśnie o tym jest moja historia, o życiu na walizkach, pełnym powrotów i rozterek duszy.

 

Nie istnieją utopie, istnieją miejsca gdzie przecierasz rosą oczy, wychodzisz na taras i nie obchodzi Cię że za chwile pęknie niebo, bo jesteś tu i nic już nie jest ważne. Siadasz na drewnianej ławie, jesteś sam, lecz wśród gór. Wtapiasz się w ich tło.

 

Moja pierwsza wizyta w Zakopanem była pełna ciepła ale i ciemności, bowiem dwa tygodnie przed urodzeniem, w brzuchu Mamy zawędrowałam na Morskie Oko. Później wszystko było już przesądzone, ojciec góral z Harendy, ciągłe wycieczki w dół mapy. Mała Paulina wychowywana w drodze między Katowicami a Zakopanem była przeszczęśliwym dzieckiem z parzenicami na kocyku.

fot. Paulina Walkosz
Z biegiem czasu zrodziła się we mnie miłość do koni, co jeszcze bardziej gnało ku Podhalu.
Dziś, jestem nastolatką z dużym aparatem w dłoni i nie potrafię się wydostać z pudełka, do którego ciągle każe mi wracać los.
Moje życie na Śląsku, to dla mnie okres przejściowy, okres który trwa już prawie osiemnaście lat i uczy mnie każdego dnia jak wielka drzemie we mnie wiara. Wiara w to, że nie zwątpię, że dotrwam do końca i dotrę do celu. Nie chcę spoczywać tylko na marzeniach i nie chcę mówić więcej niż jestem w stanie usłyszeć. Mam w głowie przestrzeń ze spacerów pod reglami, podekscytowany wiatr, niosący w kieszeniach zapach szczytów. Tutaj nie da się wątpić w ingerencje Boga, Jego zdolności manualne, wrażliwość i wyobraźnię. Nie da się siedzieć przed Tatrami z zamkniętymi oczami. Nie można tego robić. Trzeba zapisywać w duszy kontury wysokiego mężczyzny zdobionego garniturem świerków. Patrzeć mu w oczy, rozdmuchiwać nostalgią bujne loki, dawać się nosić na grzbiecie.

Uwielbiam kochać, więc chyba to daje mi siłę, by znieść tęsknotę, która woła do mnie codziennymi zapiskami z mojego kalendarza ściennego; „Góry, góreczki, górale, góraleczki”; „skądkolwiek wieje wiatr zawsze ma zapach Tatr”; „Góry milczą, wszystko co milczy nadaję się do przechowywania ludzkich tajemnic.”

I tak dalej i tak dalej. Bazgram po kalendarzu cytatami, rysuje góralskie kapelusze, kierpce, oscypki – to daje mi siły i pewności, że Zakopane jest ze mną nie tylko w moim sercu, ale i wszędzie w Okół mnie.

Oszukuje samą siebie. Wmawiam sobie, że ta miłość nie jest chora, nie jest niebezpieczna, ale sama widzę jej, czasem przykre skutki. Niefot. Paulina Walkosz potrafię o niczym innym myśleć, jakbym żyła poza światem w zupełnym centrum siebie, a moje buty nie pójdą już dalej, nie pójdą ani kroku dalej niż Zakopane.
W góry wyjeżdżam kiedy tylko mi się uda, wciąż szukam okazji. Wysyłam swoją poezję na konkursy , stoję na promocjach w hipermarketach, to wszystko aby zdobyć pieniądze na wyjazd. Co weekend, co dwa, trzy tygodnie, czasami co trzy miesiące wsiadam w PKS i wszystko co w czasie podróży znika za moimi plecami nie ma już najmniejszego znaczenia. Liczy się rodzaj powietrza, które daje mi miejsce do którego zmierzam całe życie, ten rodzaj bez którego nie mogę żyć.

Nie umiem być silna.Tony chusteczek przygniatają myśli, gdy wjeżdżam do miasta, które jest alegorią spełnienia. Przez ciało przedziera się w stumilowych butach fala kondensacji marzeń, nie pozostawiając pasma rzeczywistości, która w popłochu zakłada płaszcz przeciwradościowy i wychodzi na zewnątrz. Oczywiście, znajdzie mnie, gdy tylko przekroczę tabliczkę z przekreślonym znakiem zabudowania miejskiego, czerwoną wstęgą zwiastującą tęsknotę, otulającą ramionami ścieżyny liter w ciepłym uścisku Zakopane.

Nigdy nie mam pewności, że wyjadę, zawsze jednak mam pewność że wrócę. Jestem kierownikiem budowy swojego życia, które chcąc, a raczej nie chcąc ma absolutnie jeden cel, drewniany cel u podnóża lasu. Salon z dużym oknem, niewiele schodów, dwa pokoje z miękkim łóżkiem i pochyłym dachem, altanka na wzór tarasu z solidną huśtawką tulącą się do bladoróżowego koca na chłodne wieczory z kubkiem kakao. Nieco drażniącym jest fakt, że wyłącznie ku temu zmierza moja egzystencja, nie ma wyższego celu ponad ten.

 

Stopniowo, krok za krokiem, schodek po schodku, pokój za pokojem, aż dotrę do nocy spędzonej na skrzyżowaniu ulicy Furmanowej z moim nazwiskiem.

 

Autor tekstu: Paulina Walkosz

 

Komentuj

Kategorie: Aktualności

Tagi: , , ,