Fot. Kasia Olszewska

Od końca mojego urlopu minęły już prawie 2 miesiące. W przeciągu tego czasu mieliśmy na głowie przeprowadzkę i głowy zaprzątnięte myślami i sprawami związanymi z kupnem mieszkania. Nie zauważyłam nawet, że mamy już sierpień… a ja nie podzieliłam się z Wami wrażeniami z urlopu i pobytu w Baciarce, który udało mi się wygrać w zimowym konkursie :) Wczoraj podczas zakupów wpadł mi w ręce sierpniowy numer „npm” i co za tym idzie, po przeczytaniu go od deski do deski nie musiałam długo czekać na znajome kłucie w sercu, uczucie osamotnienia i tęsknoty.

 

Czwartek 30.06.2013 (Boże Ciało)

Nikogo nie powinno dziwić, że cały świąteczny dzień spędzam w pracy, bo przecież ja bez pracy „nie mogę żyć” i postanowiłam spędzić na dyżurze 14 godzin, żeby  „wypocząć” przed jutrzejszym wyjazdem :) Ale myśl o czekającym na mnie w domu spakowanym plecaku i jutrzejszej podróży sprawia, że czas goni jak szalony :)

Piątek 31.05.2013

Od samego rana zaczęłam się zastanawiać czy oby na pewno jestem jeszcze normalna??? Z samego rana obudził mnie telefon, że już dzisiaj możemy spotkać się w celu przekazania nam kluczy do nowego mieszkania. Zamiast radości  na mojej twarzy pojawiło się rozczarowanie i złość, bo dla mnie (zamiast szaleć ze szczęścia, że w moim życiu zaczyna się nowy etap pod tytułem własne M) oznacza to jedynie opóźnienie wyjazdu  o kilka dobrych godzin i mniej o jeden zachód słońca w Tatrach. Co prawda „Baciarka”  będzie na nas czekać dopiero od jutra, ale mimo wszystko wewnątrz pojawia się mały smutek :)

Godzina 16:00 czyli wszelkie znaki na niebie mówią zawracajcie

Nie jest to dobry moment na przedzieranie się przez  zatłoczone miasto, kiedy jeszcze w perspektywie ma się w planach zahaczenie o jakiś sklep z kawą i stację benzynową (na której kawy brak). Kiedy tylko ruszyliśmy spod domu jak za rzuceniem klątwy przez jakąś wstrętną wiedźmę, niebo nad słonecznym Szczecinem, w jednej chwili zrobiło się czarne i co za tym idzie nadeszło prawdziwe oberwanie chmury. Czegoś takiego w życiu jeszcze nie widziałam. Widok przed szybę zerowy, ulicami zaczęły płynąć potoki , nasz samochód zamienił się w małą motorówkę a droga wyjazdowa zamiast kilku minut zajęła nam godzinę. Czyli kolejny czas w plecy.  Do tego jeszcze niezliczona ilość Tirów, fotoradarów i przeszkód na drogach. Ale teraz kiedy już każdy kilometr oddala nas od nizin  a zbliża do gór nic i nikt nie jest w stanie popsuć nam urlopowego nastroju..

fot. Kasia Olszewska
 

1.06.2013 – około 1:00

Właśnie przekroczyliśmy tablicę Zakopane! Idealny czas i miejsce na to, by się tam znaleźć…  Sama siebie zaskoczyłam tym czasem.  Tylko co tu teraz robić? Znalezienie noclegu o tej porze chyba graniczy z cudem a poza tym, chyba nie miałabym serca budzić kogoś o tak późnej/wczesnej porze. Standardowo udaliśmy się na „Głodówkę” i wtopiliśmy w  zaparkowane na ichnim parkingu samochody. Piękna gwieździsta noc, chociaż nad tatrzańską panoramą zbierały się chmurzyska i zaczynało błyskać :)

Około 4 rano obudziły nas krople deszczu uderzające o dach samochodu. Jeżeli przyroda cię budzi, znaczy tak musi być! Odpaliliśmy silnik i ruszyliśmy w stronę Zakopanego i Doliny Chochołowskiej, Na pierwszy dzień po  przejechaniu prawie 800km i  3 godzinach odpoczynku w samochodzie wybraliśmy Grzesia, a przy okazji po drodze sprawdziliśmy lokalizację Baciarki.  Cały czas padało i nie zapowiadało się raczej na zmianę pogody, ale nie popsuło nam to humoru nawet w najmniejszym stopniu.

W drodze do Polany Chochołowskiej rozpoczęliśmy urlop od porannej toalety w strumyku i po odświeżeniu twarzy wodą czułam się już jak młody bóg, który nie tylko wejdzie dzisiaj na Grzesia (zwłaszcza, że powoli przestawało padać a na niebie przedzierało się słońce) ale przy okazji da się porwać chwili i po drodze zaliczy jeszcze Rakonia i Wołowca i zejdzie jeszcze do schroniska posilić się  „chińszczyzną”  w kuchni turystycznej :)

Nie przypuszczałam, że kiedyś dam się poddać jakiejkolwiek formie  transportu na szlaku, ale kiedy w drodze powrotnej oczom moim ukazała się ciuchcia, nie mogłam się oprzeć, a nogi same niosły mnie w jej kierunku. Po godzinie 14:00 zawitaliśmy do Baciarki.  Z uśmiechem i życzliwością, przyjął nam gospodarz i pokazał wille. Dostaliśmy śliczny pokoik obok którego znajdował się aneks kuchenny dla turystów. Największą furorę robiło urządzenie do gotowania jajek na twardo ! :) Pokoik był przestronny, jasny i przytulny, z wielkim wygodnym łożem, stolikiem, czajnikiem bezprzewodowym i dość sporą łazienką. Po rozpakowaniu i kąpieli, udaliśmy się na dwugodzinny relaks w basenie, który pozwolił zregenerować siły i rozprostować wszystkie kości. W pokoju zaserwowałam nam herbatkę z miodem i wyszłam na balkon. To jest to…przejechanych prawie 800km, zdjęcie które przyjdzie pocztą z fotoradaru (! ), 3 godziny „snu” na kierownicy, ponad 27000 kroków, 2 godziny w basenie i do tego widok na Giewont w otoczeniu kolorowych chmurek od zachodzącego słońca! Kocham tu być :) !

fot. Kasia Olszewska
 

2.06.2013

Wyspaliśmy się jak mało kiedy, wstaliśmy skoro świt bez pomocy budzika. Z pewnością jest to zasługa klimatu i górskiego powietrza w płucach.  Przystąpiliśmy do przygotowania śniadania, (niby zwykłe kanapki, jajka na twardo i kawa) ale z widokiem na góry z baciarkowego balkonu miało ono charakter ceremonii :) Do tego jeszcze pogoda „żyleta” zachęcająca do zmiany planów wędrówki. Na dzisiejszy dzień wybraliśmy zielony szlak od Wodogrzmotów – Doliną Roztoki, z którą mamy troszkę traumatycznych wspomnień z listopadowego pobytu, kiedy to przy schodzeniu nastąpiło załamanie pogody i halny robił swoje, przewracając drzewa na szlak, którym usiłowaliśmy powracać… Sceny z przechodzeniem na czworaka w błocie i resztkach śniegu i lodu pod zwalonymi drzewami, albo skacząc nad nimi, rozglądając się dookoła czy nic nie leci nam na głowę, przypominały całkiem niezły film katastroficzny.  Dlatego też wykorzystując dobrą aurę postanowiliśmy te wspomnienia schować raz na zawsze do szufladki z napisem nie otwierać!

Siklawa urzekająca, obowiązkowa szarlotka w schronisku w „Dolinie 5 stawów”  i droga na Morskie Oko  pełna ekspresyjnych widoków  przez  Świstówkę Roztocką, a na koniec leniuchowanie nad brzegiem Mo-ka. To jest to! Po południu obowiązkowe jadło drwala na Krupówkach i pełen relaks w baciarkowym jacuzzi z podgrzewaną wodą. W takich chwilach człowiek zaczyna się rozbestwiać i toczyć wewnętrzną walkę, pomiędzy wędrowaniem z plecakiem od schroniska do schroniska, a spaniem w luksusowej willi z  sauną, basenem i jaccuzi, bezprzewodowym internetem i przede wszystkim z własną łazienką, przemieszczaniem się  samochodem i wędrowaniem z małym plecakiem. W tym roku zdecydowanie wygrywa luksus! Bo nie tylko Tatry ale i Zakopane ma swój niezwykły klimat.

fot.  Kasia Olszewskafot. Kasia Olszewska
 

3.06.2013

Dziś ostatni nocleg w Baciarce…  Do tego jeszcze pogoda postanowiła nas nie rozpieszczać. Mimo wszystko postanowiliśmy nie dać się zastraszyć. Zaopatrzyliśmy się w pelerynki i postanowiliśmy popływać czerwonym szlakiem z Cyhrli  na Psią Trawkę, przeprawiać się przez strumienie w drodze na  Rówień Waksmundzką, zobaczyć po raz pierwszy Gęsią Szyję, posilić pysznymi prawdziwymi a do tego jeszcze ciepłymi oscypkami (grzechem jest porównywać je do oscypków sprzedawanych na Krupówkach!) w bacówce na Rusinowej Polanie, wpisać się do księgi na Wiktorówkach, zejść niebieskim szlakiem na Palenice Białczańską i tam złapać busa na Cyrhle po autko :)

Przemoknięci do suchej nitki, wysmarowani błotem i szczęśliwi wróciliśmy do Baciarki. Po kąpieli i doprowadzeniu się do stanu używalności postanowiliśmy wyruszyć jeszcze na Gubałówkę szukając jakiegoś klimatycznego miejsca na spożycie obiadu. Widoki zerowe, brak śladów jakiegokolwiek życia, a do tego w oddali słychać było nadchodzącą burzę. Zamiast klimatycznej restauracji, udaliśmy się na zakupowe szaleństwo do „Biedronki” i przyrządziliśmy romantyczną kolację przy winku i świecach w baciarkowym pokoju :)  Żegnamy się z właścicielami, gdyż jutro z samego rana planujemy wyjazd.

fot. Kasia Olszewskafot. Kasia Olszewska
 

4.06.2013

Ostatni poranek w Baciarce. Wielkie pakowanie i sprzątanie. Próba maltretowania i fotografowania pieska zakończona sukcesem. Pogoda dalej nie współpracuje, ale mimo wszystko dzielnie walczymy. Z samego rana z żalem opuszczamy willę. Że też te  3 dni tak strasznie szybko zleciały!

Wsiadamy w samochód i udajemy się na czarny, dość rzadko uczęszczany poza sezonem szlak na Psią Trawkę i Halę Gąsienicową.  W Murowańcu istne zatrzęsienie wycieczek szkolnych. Miejsca na odpoczynek przy herbacie zero! Udajemy się więc na spacer nad Czarny Staw Gąsienicowy a następnie „podziwiać widoki przez mgłę” na Kasprowy Wierch.

W drodze na Kasprowy zmroził nas grad i silny wiatr. Rekreacyjnie zjeżdżamy kolejką. Dostajemy się busem do Cyrhli a stamtąd asfaltem po samochód. Ostatnie popołudnie spędzamy komercyjnie w Termach Bukowina i wieczorem ze smutkiem i łzami w oczach wsiadamy w samochód. W milczeniu rozpoczynamy pokonywanie prawie 800km do Szczecina, uważając tym razem na każdy fotoradar znajdujący się na drodze, a poza tym  podróż i tak  mija mozolnie. W  drodze powrotnej nie ma już powodów, żeby się spieszyć…

 

Autor tekstu: Kasia Olszewska

 Polecamy Willę Baciarka.

Komentuj

Kategorie: Noclegi w ZakopanemOkiem Internauty

Tagi: , ,