fot. Kasia Olszewska

Biorąc ostatni łyk popołudniowej kawy wpatrywałam się w okno. Wszystkich bez wyjątku pochłonął długi weekend przypadający z okazji święta Bożego Ciała. Dzieci spacerujące za rękę z rodzicami, rodzinne wycieczki rowerowe, spotkania z rówieśnikami, spacery z psami, zatłoczone tramwaje i pozostali spóźnialscy pakujący ostatnie bagaże i udający się  gdzieś poza miasto na krótki relaks. Tylko mi jednej przypadł samotny dyżur w pracy.

Nawet lekarz siedział w domu czekając na telefon w przypadku gdyby zjawił się jakiś zbłąkany pacjent. A dzisiaj jak na złość nie pojawił się kompletnie nikt. Widocznie bolące zęby postanowiły odpuścić natenczas swoim właścicielom. Chodząc bez celu z kąta w kąt, od czasu do czasu rzucałam pełne nadziei i wyczekiwania spojrzenie w stronę milczącego jak grób telefonu. Usiadłam przed komputerem, by choć na chwilę oddać się zapomnieniu a myślami przenieść w moje ukochane góry. Jak to zwykle w przypadku góroholizmu bywa, sprawdziłam najnowsze informacje na stronie Tygodnika Podhalańskiego, odpaliłam kamerki internetowe, by już po chwili teleportować się na zatłoczone Krupówki, majestatyczny Giewont, zakorkowaną Zakopiankę i rozpłynąć podziwiając górskie panoramy… ile ja bym dała by choć na moment oderwać się od problemów codziennego życia, wielkiego miasta i  znaleźć się choć na krótką chwilę na drugim końcu Polski, popijać ciepłą herbatę i jeść najwspanialszą na świecie szarlotkę siedząc na schroniskowej ławeczce, wsłuchując się w wszechogarniającą ciszę.

******

Była godzina 23 kiedy do ledwo domykającego się już plecaka wpakowywałam ostatnie najpotrzebniejsze rzeczy, dobiegłam na dworzec i w ostatniej chwili wskoczyłam do nadjeżdżającego już pociągu. Podróż mijała spokojnie, samotnie, z książką na której nie mogłam się skupić i wydobywającą się z  słuchawek, głośną, rockową muzyką, zagłuszająca własne myśli. Te natomiast znalazły sobie odpowiednie miejsce i czas na prowadzenie ze sobą bitwy wewnątrz mojej  głowy. Może coś jest ze mną nie tak. Może zamiast każdą wolną chwilę spędzać w górach powinnam każdą wolną chwilę spędzać u fryzjera, kosmetyczki, albo włóczyć się wydając ciężko zarobione pieniądze , po galeriach handlowych, próbując każdorazowo wkomponować się w miejskie życie wszystkich moich koleżanek. Może lekki makijaż, buty trekkingowe i chodzenie godzinami z kijkami po naszych szczecińskich „górach bukowych” powinnam zamienić na godziny spędzane przed lustrem i strojenie się nawet na tak specjalną okazję, jaką jest wyrzucanie śmieci na własnym podwórku???

Może powinnam skupić się na szukaniu sobie odpowiedniego partnera, z którym przyjdzie mi spędzić resztę życia, a nie poddawać się biernie swojemu nałogowi, jakim jest śledzenie kamer, oglądanie zdjęć, planowanie tras i kolejnych wyjazdów i żyć od urlopu do urlopu. Być rozdartą pomiędzy tym co robię każdego dnia, a tym co chciałabym robić. Brak mi tylko odwagi, aby w wieku 28lat zmienić całkowicie swoje życie. Gdyby tylko ktoś lub coś dało mi choćby mały znak… Z zamyśleń wyrwała mnie pochylająca się nade mną, wpadająca już niemalże w purpurę , rozwścieczona twarz konduktora i sądząc po jego wymachach rąk skierowanych we wszystkie strony bez ładu i składu, albo miał problemy z koordynacją ruchową, albo naprawdę go rozwścieczyłam przez te słuchawki? Z rozbrajającym uśmiechem dziecka, które ukradło ostatni kawałek tortu ze stołu, podałam mu pieniądze na bilet, o kupnie którego zapomniałam na śmierć!

fot. Kasia Olszewskafot. Kasia Olszewska

Po wyjściu z pociągu, po kilkunastogodzinnej podróży, ogarnął mnie lekki chłód. Opatuliłam się mocno arafatką, nałożyłam plecak, w którym targając tylko „najpotrzebniejsze” jak zwykle rzeczy, wyglądałam jak wielbłąd. Nie mówiąc już o samopoczuciu. Omijając Krupówki szerokim łukiem, wskoczyłam do pierwszego lepszego nadjeżdżającego busa i …urwałam lusterko kierowcy hacząc o nie swoim „wielbłądem” z przypiętą karimatą . Musiało być chyba przyklejone na gumę do żucia i upaść już ze sto razy, ale to właśnie dzięki mojej zasłudze spadło po raz 101 (!) i to tak, że nic z niego nie zostało. Moja twarz musiała przybrać kolor kredowobiały, bo nawet sam kierowca zapytał czy wszystko w porządku. Mimo wszystko zapłaciłam za swoją szkodę jak za zboże tracąc przy tym wszystkie trzymane do tej pory w skarpecie oszczędności na wyjazd. Na szczęście nie musiałam płacić za bilet na Palenicę, co było istnym aktem łaski ze strony kierowcy. Tak więc zapowiadał się całkiem niezły początek mojego samotnego wyjazdu. Z miną obrażonej na cały świat księżnej Walii grzałam siedzenie w busie studiując mapę i zastanawiając się gdzie przyjdzie mi spędzić noc, a raczej jak za nią zapłacić. Ale myśl o tym, że już za chwilę stanę oko w oko z najpiękniejszymi tatrzańskimi panoramami sprawiła, że odrzucałam od siebie czarne myśli, a poza tym dopiero zaczął się dzień, więc do  wieczora jeszcze daleka droga.

Idąc powoli i ciesząc oczy każdym najdrobniejszym elementem, wliczając w to nawet napotkaną na swojej drodze żmiję, dotarłam pod wodogrzmoty. Tam zrobiłam sobie krótką przerwę na prawdziwie góralską herbatkę, przygotowaną jeszcze w domu ,specjalnie na tą okazję. Dobrze, że chociaż termos był po mojej stronie, a zaparzona kilkanaście godzin temu  herbata, była jeszcze wystarczająco gorąca, żeby poprawić nastrój . W celu zrekompensowania sobie tak kiepsko rozpoczętego dnia, udałam się w stronę Morskiego Oka. Mozolna, długa droga asfaltem, z ciężkim plecakiem może nie była najlepsza, ale za to satysfakcja ze już za moment zobaczę moje najukochańsze góry dawała mi poczucie bezpieczeństwa, a pogoda zachęcała by iść dalej. Na moment podeszłam do Morskiego Oka by przywitać się z Mnichem. Postałam chwilkę przy barierce, nacieszyłam się bezchmurnym niebem i konsumując ze smakiem bułkę z pasztetem  (który z takim widokiem smakował co najmniej jak golonka w wybornej restauracji) wyruszyłam na spacer wokół Mo-ka zahaczając przy tym o Czarny Staw, a dobra energia sprawiła, że w  drodze powrotnej zdecydowałam się na niebieski szlak do Doliny Pięciu Stawów. Z uśmiechem na twarzy rozpoczęłam strome podejście kamienistą drogą przez las, by po jego przekroczeniu znaleźć się w otoczeniu  kosodrzewiny i zapierających dech w piersiach  widoków na Tatry bielskie i dolinę Białki! To są chwile, kiedy wszystko zostawiam w tyle, kiedy zapominam o bożym świecie. Problemy codziennego dnia znikają, nie jest ważne jaki mamy miesiąc, jaki dzień tygodnia i ile lat, nie ważne też, że każdy centymetr tego szlaku znam na pamięć. Nigdy nic nie wygląda tak samo. Nogi same niosły mnie ku górze, a uśmiech nie schodził z twarzy. Zwolniłam trochę tempo wypatrując po drodze świstaków. Niestety chyba kierowane przeczuciem, że ktoś chce je wypatrzyć, pochowały się sprytnie w swoich kryjówkach. Chwilę później osiągnęłam grań i stojąc na zboczu zachwycałam się piękną późnowiosenną pogodą i widokiem na najpiękniejszą tatrzańską dolinę – Dolinę Pięciu Stawów. Czułam że jestem teraz najszczęśliwszą osobą na świecie. Na chwilę obecną stałam  u bram raju. Teraz tylko zejście w dół łagodnym zboczem perci i kolejny przystanek w schronisku.

fot. Kasia Olszewskafot. Kasia Olszewska

Siedziałam samotnie w kącie schroniskowego bufetu, popijałam herbatę z termosu  i zajadałam ze smakiem ostatnią kanapkę, którą zakopałam na dnie plecaka specjalnie na tą okazję. Ze stoickim spokojem wsłuchiwałam się w wycie wiatru i delikatne chlupanie wywoływane przez fale stawu  znajdującego w sąsiedztwie schroniska. Ten błogostan sprawił, że chyba oddałam się drzemce, bo kiedy znów otworzyłam oczy słońce było już za górami, a to oznaczało tylko jedno, jeżeli zaraz stąd nie wyjdę dopadnie mnie zmrok, a jeżeli chcę jakoś godnie spędzić noc, muszę wracać, żeby za ostatnie pieniądze złapać jeszcze busa z Palenicy i dotrzeć w porę na pociąg, wybłagać konduktora o kredytowy bilet powrotny, gdyż w przeciwnym razie przyjedzie mi spać na dworcu :)

Odrobinę trudności przysporzyła mi droga powrotna przez Siklawę. Zalegający jeszcze śnieg i lód, a do tego wielki plecak, nie ułatwiały mi zejścia. W Dolinie Roztoki było już szaro. Pogoda jak na złość nagle postanowiła się załamać. W jednej chwili zaczął  zacinać zimny deszcz, a szumiący jeszcze na górze wiaterek, zamienił się w okrutne wietrzysko, powalające co rusz jakieś drzewo. Wyrwałam przed siebie ile sił w nogach, przystając od czasu do czasu  obserwując czy jakaś gałąź nie spadnie mi na głowę. Drogę w dół pokonałam prawie biegiem. Od czasu do czasu czołgałam się pod zwalonymi na szlak drzewami. Istny koszmar. Na drogę przy wodogrzmotach niemalże wypadłam. Cała przemoczona do suchej nitki, podrapana i umorusana aż po czoło i włosy błotem. Swoim wyglądem mogłam równać się co najmniej z główną bohaterką horroru czy  nominowanego do Oskara filmu katastroficznego! Usiadłam na moment na ławeczce, zrzuciłam plecak, skryłam twarz w dłoniach próbując złapać miarowy oddech. Teraz dopiero poczułam jak trzęsą mi się nogi. Każdy góroholik napotyka na swej drodze problemy, ale w jednej chwili pojawił się we mnie moment zwątpienia. Czy to jest naprawdę to? Czy miłość do gór jest warta aż takich poświęceń? Czy jest godna tego, by przypłacić ją własnym zdrowiem, a czasem nawet życiem???

Nagle ktoś złapał mnie za ramię i leciutko szarpnął. W jednej chwili zamarłam. Przede mną wyrósł nie wiadomo skąd starszy mężczyzna. Wyglądał na bezdomnego. Był strasznie zarośnięty, wychudzony i brudny. Maszynkę do golenia i grzebień widział chyba wieki temu, a zepsuty plecak i  za ciasne ubrania z pewnością były zdobyczne… Jeszcze tego brakowało. Prawie ciemno, zimno, mokro i jak na złość ani jednej żywej duszy dookoła poza tą jedną, która stała przede mną. Co bezdomny robi o tej porze w górach??? A może to nie jest bezdomny tylko jakiś zbłąkany turysta? Nie, niemożliwe, takie rzeczy dzieją się tylko na filmach, nikt przy zdrowych zmysłach nie zaszył by się w górach… o losie!!!Nikt poza jakimś ukrywającym się więźniem, albo seryjnym mordercą… No to już po mnie. W jednej chwili chciałam rzucić się pędem przed siebie. Jednak jego wzrok paraliżował. Nie mogłam ruszyć się z miejsca nawet o centymetr. Jakaś dziwna siła wbiła mnie w ławkę. Czułam, że to moje ostatnie chwile. W jednej chwili całe życie stanęło mi przed oczami. A jeszcze przed momentem przejmowałam się , że mogę nie zdążyć na pociąg.

Czy panienka mogłaby zaprosić mnie na ciepłą herbatę?– jego ochrypły głos przeraźliwie wdzierał się w moją głowę.

Oczywiście. Serdecznie zapraszam – odparłam z życzliwością. Co ja wyprawiam?! To nie były moje słowa. To nie ja to powiedziałam. I do tego skąd ten śmiech. A może powoli czekając na swoją śmierć tracę nad sobą kontrolę.

Proszę za mną, ja poprowadzę – dotarło do mnie jak przez mgłę.

A więc tak właśnie się umiera. Ciekawe co zamierza zrobić. Czy zostawi mnie w ciemnym lesie, tak żeby nikt mnie nie znalazł, a jutro będzie paradował po górach z moim plecakiem w nowym polarze,  a może utopi w potoku? Czy będzie ze mną rozmawiał? Czy da chociaż wypowiedzieć jakieś ostatnie życzenie? Ja chyba naprawdę oszalałam. Idę z bezdomnym, obdartym ukrywającym się w górach tajemniczym nieznajomym, w sam środek lasu, a za ostatnie wygrzebane z kieszeni pieniądze na busa, jeszcze zabieram go na herbatę do „Roztoki” nie mówiąc już nic o powrocie do domu.

Chwilę później stanęliśmy przed drzwiami schroniska. Mały drewniany przytulny domek w środku lasu. A do tego w środku paliło się światło. Pewnym krokiem weszłam do środka. Mężczyzna za mną. W środku panowała rodzinna atmosfera. Grupka ludzi siedziała przy bufetowym stoliku, gdzieś z ciemnego kąta dało się słyszeć dźwięki gitary. W kominku trzaskał ogień. Wszyscy na mój widok uśmiechnęli się i powiedzieli niemal jednocześnie „cześć”. Widok mojego towarzysza najwyraźniej nikogo nie zdziwił, bo absolutnie nikt nie zwrócił na niego uwagi. Druga sprawa, może każdy wolał udawać, że go nie widzi. No bo przecież nie był niewidzialny?! Zajął stolik na ganku przy samym wejściu z dala od wszystkich. Wygrzebałam z kieszeni monety i poszłam do baru po herbatę. Pani w bufecie z serdecznym uśmiechem podała mi kubek. Udałam się w stronę stolika, który zajmował nieznajomy.

Dziękuję. Od wieków nie miałem w ustach nic tak równie dobrego i ciepłego – W jego oczach pojawiła się autentyczna radość, a na mojej twarzy malowała się wielka ulga.

Każdy myśli, że jestem bezdomnym, traktuje mnie z wyższością, boi się, że się pobrudzi, albo co gorsze czymś zarazi. Ty jako jedyna mi zaufałaś, za co jestem niezwykle wdzięczny. Za ostatnie pieniądze postanowiłaś sprawić przyjemność staremu dziadowi, dotrzymać mu towarzystwa, nie  myśląc przy tym ani przez chwilę o sobie … – w tym momencie uśmiechnął się szczerze i puścił do mnie oko. Myślałam, że spalę się ze wstydu. Faktycznie, ani na chwilę nie myślałam o sobie, z wyjątkiem myśli, że z pewnością dzisiejszego wieczoru zginę z jego rąk :)

Opowiedz mi trochę o sobie. Kim jesteś, co robisz? Dlaczego widzę, że chodź dzielna i silna z ciebie dziewczyna, w głębi duszy jesteś rozdarta i smutna?

fot. Kasia Olszewskafot. Kasia Olszewska

Długimi godzinami snułam opowieść o tym jak wygląda życie w wielkim mieście. Starałam się z każdym najdrobniejszym szczegółem odpowiadać na zadawane pytania. Jak życie codzienne pędzi do przodu. Ludzie są smutni, najczęściej zabiegani, żyjący wiecznie w studni swoich potrzeb a owa studnia niestety pozbawiona jest dna. Ciągle chcący więcej. Sama nie raz dałam się porwać temu szaleństwu. O tym jak stoi się w korkach i jeździ zatłoczonymi tramwajami. O tym jak życie podporządkowane jest rytmowi chodzącego zegarka i o moich każdorazowych ucieczkach w góry, chociaż na jeden dzień. Moim nieuleczalnym góroholiźmie. Wpatrywaniu się długimi godzinami w Tatry z kamer internetowych, przeglądanie w kółko przed snem albumów ze zdjęciami i sięganie pamięcią do wszystkich przebytych tras i skryte marzenia o tych jeszcze nieodkrytych. I o swoim największym marzeniu jakim jest porzucenie dotychczasowego miejsca zamieszkania i przeniesienia się na Podhale. Znalezienia pracy, która pozwalała by mi przeżyć godnie do kolejnego miesiąca, kochającym mężu, dwójce dzieci, małym drewnianym domku i  leżącym pod nogami owczarku podhalańskim. O swoim rozdarciu pomiędzy tym co robię a tym co czuję, że powinnam robić.

On  natomiast ciągnął przepiękną opowieść o magii i sile płynącej z gór. O uzdrawiającej mocy wód z górskich źródeł. O wszystkich odkrytych i nieodkrytych szlakach. O zwierzętach zamieszkujących pobliskie lasy. O małych niedźwiadkach, jelonkach. O porozumiewaniu się z wilkami. Z każdą chwilą rozmowy moje oczy stawały się coraz większe i płonące z  podziwu i zdumienia. Znał na wylot każdy kamień, każdy milimetr ziemi po której stąpał. Mówił o znakach zwiastujących pogodę i niepogodę, zmianach pór roku. O każdej nawet najmniejszej roślince potrafił opowiedzieć niemalże całą baśń… Nie mogłam pojąć jak w jednym człowieku może się zmieścić tyle wiedzy, tyle magii, tyle tajemniczości  i tyle ciepła. Miał w sobie coś co dawało jak nigdy poczucie bezpieczeństwa. Na koniec opowiedział mi legendę o śpiącym rycerzu i Mnichu nad Morskim Okiem. Chyba zauważył, że robię się senna. Słyszałam już tylko co któreś słowo. Czułam, że bierze moją rękę i wkłada do niej jakiś przedmiot a potem delikatnie zaciska. Kiedy otworzyłam oczy byłam sama. Przecież nie mógł tak w jednej chwili zniknąć! Nie do wiary. Jak on to zrobił? W dłoni ściskałam klucz do schroniskowego pokoju.

fot. Kasia Olszewska
W zamku zazgrzytał klucz i już po chwili stałam jak zaczarowana w progu malutkiego drewnianego pokoiku na poddaszu. Nie miałam pojęcia co się ze mną dzieje. Albo jeszcze śnię, albo wszystko dookoła to jakaś niesamowita bajka. Pokoik miał skosy, małe okienko a przede wszystkim stało w nim łóżko ze świeżutką pachnącą pościelą. Jakaś siła pchnęła mnie w kierunku okna. Otworzyłam je, by zaczerpnąć trochę powietrza. Na parapecie znalazłam kopertę ze swoim imieniem. W środku znalazłam bilet powrotny do domu i malutką kartkę. Drżącym głosem czytałam na głos: „Jeśli jesteś uwięziona pomiędzy tym co czujesz, a tym co wypada zrobić i co pomyślą inni zawsze wybieraj to co może sprawić, że będziesz szczęśliwa. Chyba, że chcesz by szczęśliwi byli wszyscy oprócz Ciebie” Po policzkach popłynęły mi łzy szczęścia. Jak on to zrobił? Kiedy? Słysząc jakiś szelest spojrzałam w dół. Przy samym schronisku stał ogromny dorosły jeleń i wpatrywał się we mnie swoimi świecącymi oczami… Postał jeszcze chwilę i pognał w stronę lasu. Tak dobrze znałam to spojrzenie… W jednej chwili w oddali dało się słyszeć grzmoty a niebo rozdarła na pół błyskawica. Zrobiło mi się słabo, a przed oczami  ciemno . Czułam, że opadłam na podłogę…

-Dzyń-dzyń….dzyń-dzyń…. – po omacku szukałam telefonu. Podniosłam głowę znad biurka i zamarłam! Przecież ja jestem na dyżurze w pracy! Musiałam przysnąć. Drzwi były uchylone, a dzwoneczek zawieszony na nich jeszcze cichutko dzwonił. Czy ktoś tu był? Czy widział jak śpię? W jednej chwili stanęłam na równe nogi. Poczułam, że coś  ciąży mi w fartuchu. Pośpiesznie wsadziłam rękę do kieszeni i wyciągnęłam z niej klucz… Klucz do schroniskowego pokoju… Nie wierzę… Kto? Jak i kiedy? Pośpiesznie wpisałam hasło do komputera, chcąc odtworzyć obraz z kamery monitorującej gabinet. Od samego rana nie było tam absolutnie nikogo. Ani jednej żywej duszy… A drzwi musiał otworzyć przeciąg. Duszy? Tak! To musi być znak…. Duchu Gór…. przeszedłeś taki szmat drogi, żeby mi go dać!

**** Miesiąc później ****

Siedziałam w pustym przedziale pociągu i chowałam do plecaka odebrane przez momentem świadectwo pracy. Moja twarz była rozpromieniona jak nigdy. Rozłożyłam przez sobą plan Zakopanego i przesuwając palcem po poszczególnych ulicach miasta szukałam adresu, pod którym jutro czekała mnie najważniejsza w moim życiu rozmowa kwalifikacyjna…

Autor tekstu: Kasia Olszewska

 

Komentuj

Kategorie: Górskie opowiadania

Tagi: , ,