fot. Ania Kozielska

Dla niektórych jedno z wielu pasm górskich, dla innych jedno z najpiękniejszych miejsc na ziemi. Dla niektórych „jakieś” góry, dla innych szczyty, dzięki którym pokonują własne słabości i samych siebie.  Dla niektórych po prostu miejsce, w które jedzie się na wakacje, dla innych Dom, do którego wraca się, by zdobyć siły i zostawić „na dole” wszystko to, co złe i smutne.

Dla mnie Tatry są miejscem, do którego wraca się jak do Domu, jak do ukochanej Babci, która częstuje nas szarlotką i sokiem z malin. Miejsce magiczne i pełne tajemniczości. Miejsce, w którym zostawia się część siebie. Kto nie chodzi po górach, nigdy tego nie zrozumie. Kto raz był i pokochał, doskonale wie, co chcę powiedzieć przez te kilka zdań. Bo w górach jest po prostu wszystko to, co kocham…

 

Tatry we krwi  

Już jako małe dziecko miałam styczność z Tatrami. Pierwszy raz rodzice zabrali mnie tam, gdy miałam 4 lata. Wcześniej jednak słuchałam opowieści po tym jak oni wracali z gór. Słyszałam o małej drewnianej góralskiej chatce, o wędrówkach od rana do nocy, o owieczkach, góralach i oscypkach. Oglądałam zdjęcia i zawsze zachwycałam się tym, co tam zobaczyłam. Zamiast bajek wolałam oglądać albumy ze zdjęciami, zamiast baśni na dobranoc, wolałam słuchać opowiadań rodziców o tym jakże magicznym i odległym świecie.

Z pierwszego wyjazdu w Tatry niewiele pamiętam. Weszłam na Kasprowy Wierch na własnych małych nóżkach, zwiedzałam piękne doliny i poznawałam klimat tego miejsca. Potem jeszcze kilka razy z nimi pojechałam. Pewnego dnia jednak rodzice zdecydowali, że na wakacje pojedziemy w inne miejsce i tak jakoś Tatry odeszły na drugi plan. Ja jednak nie zapomniałam. Ciągle interesowało mnie Podhale, Tatry, zdjęcia, przewodniki. I wciąż mocno wierzyłam, że wrócę tam prędzej czy później.

fot. Ania Kozielska
 

Miłość od drugiego wejrzenia

Nadszedł wreszcie dzień, kiedy po kilku latach pojechałam znowu w Tatry. Właściwie, to mogę powiedzieć, że był to najlepszy osiemnastkowy prezent jaki tylko mogłam dostać. Wystarczyło jedno spojrzenie. Zakochanie. Miłość bezwarunkowa. Każdy krok na szlaku przypominał to, co kiedyś już widziałam. Każdy dzień w drodze sprawiał, że góry stawały się mniej obce i dawały poczucie, jakby się do nich należało. Niestety. Po tygodniu trzeba było wracać. Coś jednak było nie tak. Coś jednak nie dawało mi spokoju. Dopiero w domu dotarło do mnie, że nie zabrałam z powrotem wszystkiego, co brałam ze sobą. Tak naprawdę, to część mnie została tam – na tatrzańskich szlakach. Jakaś część mnie, która nie mogła bez tych gór żyć została tam, by wciąż nie dawać mi spokoju, bym wciąż mogła tęsknić. Od tego momentu było już wiadomo – będę wracać w Tatry jak tylko będzie to możliwe. Powracać, by czuć się jak w Domu. Powracać, by odnaleźć samą siebie. Powracać, by wciąż wędrować.

fot. Ania Kozielska
Niziny

Zmagając się z tęsknotą i narastającą potrzebą jak najszybszego powrotu w Tatry, trzeba było jakoś przeżyć na nizinach. Niestety szara rzeczywistości sprawiła, że wyjazd  do najcudowniejszego miejsca na ziemi stał się bardzo odległy, czego powodem był pobyt  szpitalu i długa rekonwalescencja. Pomimo tego, że wizja wyjazdu w Tatry stawała się coraz w bardziej odległa, trzeba było jakoś przetrwać. Albumy o Tatrach, książki i moje własne zdjęcia znałam już niemal na pamięć. Otchłanie internetowe też nie kryły już przede mną tajemnic w tym temacie. Żyłam nadzieją, która pomagała przetrwać. Być może dzięki temu któregoś dnia stało się coś, na co tak czekałam. Wyjazd w Tatry zimą. Niepewność i strach czy mogę, czy po tak długim leżeniu w łóżku dam radę, czy po chorobie mam na tyle sił  by pojechać i znów wędrować. Szybka decyzja. Odpowiedź brzmiała jednoznacznie: tak, jadę! Nie miało znaczenia czy mogę i czy dam radę. Wiedziałam, że chcę, że muszę tam pojechać. Udało się. Pierwsze spojrzenie na zimowe Tatry – bezcenne. Każdy dzień tam – bezcenny. Nie miało znaczenia, że padam każdego wieczoru jak po bardzo intensywnym, całodziennym treningu. Przychodził nowy dzień i nowe siły, by znów wędrować, by pokonywać siebie. To było to, czego potrzebowałam. Najlepszy sposób, by wrócić do pełni sił. Wtedy też przekonałam się o tym, że jak się czegoś bardzo chce, to prędzej czy później jest szansa, by to dostać i nie należy jej marnować.

fot. Ania Kozielska
Lekarstwo na smutki

„Skądkolwiek wieje wiatr, zawsze ma zapach Tatr.” J. Sztaudynger

Oj, tak. I to właśnie dzięki temu można przetrwać nie będąc tam, w tym cudownym miejscu. Tatry są dla mnie lekarstwem na wszystkie troski i smutki. Gdy jechałam tam z jakimś problemem, który wydawał mi się nie do rozwiązania, zawsze na którymś ze szlaków, na którymś z kolejnych szczytów znajdowałam odpowiedź. Tatry oczyszczają. Dają mi możliwość rozpoczynania na nowo. To, co złe, trudne i smutne zostaje tam, na szlakach, a ja na niziny wracam zupełnie inna, jakbym rodziła się na nowo. Wraca energia, siły i chęci do działania. Wiem, że warto działać i ciągle iść przed siebie tak wytrwale, jakbym dążyła ścieżką na kolejny wierzchołek góry.

fot. Ania Kozielska
 

Zarażeni Tatrami

Po każdym powrocie z gór zawsze dużo się działo. Właściwie, to w moim życiu ciągle coś się dzieje. Jestem osobą bardzo żywiołową i nie pozwalam sobie na nudę. Ciągle działam, poszukuję, czerpię z każdego dnia tyle, ile tylko można. Nie można żyć tylko wspomnieniami i tym, co dzieje się tam – na Podhalu. Tak jak w życiu każdego człowieka, przyszedł w końcu czas na miłość. Wielkie zakochanie, szczęście, miliony cudownych chwil i wszystko, co z tym pięknym czasem związane. Przyszedł też czas na podzielenie się swoja pasją i próba „zarażenia” nią. I… udało się! Pierwszy wyjazd w Tatry był zimą. Nie skończył się jeszcze, a my już planowaliśmy następny. Każdy tydzień spędzony w Tatrach z moją drugą połową, to najpiękniejszy czas z mojego życia. Dzieje się tam zawsze tyle cudownych rzeczy, że aż trudno to opisać. Najważniejsze jest jednak to, że „podałam dalej” moją pasję i mogłam pokazać komuś ukochanemu kawałek nieba na ziemi.

fot. Ania Kozielska
Anioł Stróż

Nie od dziś wiadomo, że w górach dzieją się rzeczy dziwne, często
nie do wytłumaczenia. Ludzie schodzą i opowiadają historie, w które niejednokrotnie trudno nam uwierzyć. Historie zapierające dech w piersiach i wywołujące gęsią skórkę. Historie, o których myślimy, że nigdy nam się nie przydarzą. A jednak… Okazuje się, że mogą się zdarzyć.

Tatry. Wrzesień. Świnica. Szczyt, który od dawna chciało się zdobyć, a jakoś nie było z kim. Wreszcie szansa. Mama namówiła mnie na tą wędrówkę, mówiąc, że z kim miałaby tam pójść jak nie ze mną. Ruszyłyśmy od Kasprowego Wierchu. Była piękna pogoda, choć mocno wiało. Nie czułam się jednak za dobrze. Było mi tak jakoś ciężko. Fizycznie i psychicznie. Nie mogłam się przecież poddać. Chciałam tam wejść i wiedziałam, że wejdę. Przecież ja tak szybko się nie poddaję. Krótki odpoczynek na Przełęczy Świnickiej i dalej
w drogę. Pierwsze podejście z łańcuchami. Przecież nic trudnego. Ja jednak siadam i nie mogę się ruszyć. Patrzę na mamę i mówię, że dalej nie idę, wracam, nie dam rady. I nagle słyszę za sobą swoje imię: „Aniu nie martw się, przejdziemy razem.” Odwracam się i widzę trzech mężczyzn, których spotkałyśmy na Przełęczy Świnickiej. Nie rozmawiałyśmy jednak z nimi i do tej pory nie wiem, skąd jeden z nich znał moje imię. To właśnie  ten człowiek usiadł przy mnie, poczęstował „magiczną” czekoladą i zaczął mówić spokojnym głosem, że pójdzie razem i że damy radę. W końcu wstał i wyciągnął do mnie rękę. A ja?…
Ja podałam mu swoją, wstałam i poszłam razem z nim. Skąd tyle zaufania? Nie wiem. Po prostu wstałam i poszłam. Świnica, Zawrat i Dolina Pięciu Stawów Polskich. Cała droga z nieznajomym człowiekiem, któremu zaufałam od razu. Nie wiem nawet jak miał na imię. Wiem tylko, że czułam się bezpiecznie. Teraz, kiedy wyjeżdżam w Tatry, zawsze mam nadzieję, że znowu będę mogła go spotkać. Nazwałam tego człowieka Aniołem Stróżem. Nie ufa się przecież komuś, kogo spotyka się pierwszy raz. Chyba że z jego oczu bije spokój i ciepło, ma delikatny uśmiech i dzieli się z nami „magiczną” czekoladą…

fot. Ania Kozielska
 

Na zawsze

Dwa dni temu wróciłam z Tatr. Spędziłam tam kolejny z najpiękniejszych tygodni mojego życia.  Trudno opisać, co tak naprawdę czuję za każdym razem, gdy tam jadę. Zawsze wielkie odliczanie dni do wyjazdu, potem pakowanie i czekanie aż wreszcie będę mogła je zobaczyć.

Nie wiem ile razy będzie mi dane tam pojechać. Nie wiem które szczyty dają
mi przyzwolenie na zdobycie ich. Nie wiem ile jeszcze potu, łez, a nawet kropelek krwi zostawię na tatrzańskich szlakach. Wiem tylko jedno: Tatry są moją chorobą psychiczną  i kocham je miłością nie do opisania. Całym sercem. Całą sobą. Na zawsze.

Autor tekstu: Anna Kozielska

fot. Ania Kozielska

Komentuj

Kategorie: Okiem Internauty

Tagi: , , ,