fot. Aleksandra Wysocka

Góry dają człowiekowi, poprzez zdobywanie wzniesień nieograniczony kontakt z przyrodą – poczucie wewnętrznego wyzwolenia, oczyszczenia, niezależności.

Jan Paweł II

-Mamo… pojedźmy w góry!

Tak oto zaczęła się moja przygoda z tymi najpiękniejszymi na świecie szczytami. Było to 10 lat temu, gdy jeszcze nie miałam na głowie tylu zmartwień, cieszyłam się każdym dniem, a najgorszym co mogło mnie spotkać to wyjazd koleżanek na kolonie i siedzenie w domu całymi dniami…

Były to wakacje chłodne, deszczowe, ale jak to dziecko, nakładało się kalosze i leciało na dwór bawić się z innymi dzieciakami. Beztroskie życie. Pamiętam jak któregoś dnia przyszła do mnie moja przyjaciółka Magda i oznajmiła, że jedzie na kolonie w góry, do Zakopanego. Nie miałam pojęcia o czym mówi, nigdy w górach nie byłam, więc wyobrażałam sobie je jako co najmniej 10 kilometrowe szczyty. Kilka dni marudziłam rodzicom o tym jak bardzo będzie mi się nudzić bez Magdy i żebyśmy też gdzieś pojechali i wtedy wpadłam na ten genialny pomysł.

Tata stwierdził, że w górach muszę być chociaż raz, więc jest to dobry argument, by sobie trochę odpocząć od pracy. I tak oto znalazłam się w Zakopanem, gdzie moim oczom ukazały się olbrzymie w porównaniu do mnie góry, szczyty, piękne krajobrazy, drewniane domki i owieczki, co chyba najbardziej mi się spodobało. Mieszkam w Lublinie, więc nie mam styczności z taką roślinnością i bogactwem natury, a Tatry zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Jako dziecko nie rozumiałam jeszcze wielu rzeczy, nie chciało mi się wspinać po niektórych skałach i włazić nie wiadomo gdzie. Ale gdy wróciłam do domu nie mogłam zapomnieć o tych masywach, widokach, o dzieciach, które bawiły się z owieczkami, po prostu zaczęłam do tego tęsknić i zrozumiałam, że tam jest moje miejsce.

Niestety rodzice nie dali się namówić na przeprowadzkę :) Wcale ich o to nie winię, nie mieli tyle pieniędzy, by przenieść się do Zakopanego ze względu na Z Kasprowegowybryk dziecka, ale tata ciągle mi powtarzał, że kiedy podrosnę i wrócę do Tatr będą one dla mnie jeszcze piękniejsze niż teraz. Miał rację. Wróciłam do nich dopiero po 9 latach, ale nie żałuję. Tego po prostu nie da się żałować. Wraz z chłopakiem pojechaliśmy w 2009 roku do Zakopanego i wynajęliśmy pokój na Gubałówce, co było strzałem w dziesiątkę ! Widoki, jakie towarzyszyły nam dzień w dzień były nie do opisania… Emanowałam radością, szczęściem, doznałam takiego spokoju i ukojenia, że na myśl o powrocie do Lublina przewracało mi się w żołądku. Łukasz, który nigdy wcześniej nie był w Tatrach oniemiał. Dosłownie zabrakło mu słów, gdy zobaczył ten widok. Był już w Alpach czy Sudetach, ale stwierdził, że piękniejszych gór jak na razie nie widział. Podzielałam jego zdanie i czułam się jak w domu.

Codziennie robiliśmy dalekie, piesze wędrówki, zwiedzaliśmy każdy zakamarek i napawaliśmy się każdą chwilą. Dni leciały coraz szybciej i nawet nie wiem, kiedy minął tydzień i było trzeba wracać do domu. Po powrocie płakałam… cały dzień leżałam w łóżku i płakałam jak dziecko… Czułam się, jakby ktoś zabrał  połowę mnie  i gdzieś zgubił… Nie mogłam się odnaleźć, a kiedy przyszedł czas na naukę, totalnie się zagubiłam, ciągle myślałam o tym jakby cudownie było mieszkać w górach… Niestety życie bywa okrutne i nie można sobie na wszystko pozwolić, a ja nie jestem na tyle odważna, by porzucić rodzinę, chłopaka, studia i przeprowadzić się na południe…

W 2010 roku wakacje oczywiście znowu spędziliśmy w Zakopanem, tym razem na Spyrkówce, gdzie do centrum było jakieś 35 minut marszu, co nam w ogóle nie przeszkadzało, w końcu nie przyjechaliśmy tu na jeżdżenie busami :) Jako, że w 2009 roku zabrakło nam czasu na Kasprowy Wierch, zwiedziliśmy go w drugie wakacje. Widoki, które zapamiętałam jako dziewczynka nie zmieniły się. Owieczki TatryWszystko było takie piękne, tak zapierające dech w piersiach, że pisząc to mam przed oczami wszystkie szczyty i zieleń… wszechogarniającą zieleń, skały i stawy. Nie miałam w ogóle ochoty stamtąd zjeżdżać… Niestety po kilku godzinach znaleźliśmy się na samym dole, a pogoda nie dopisywała na tyle, by zejść stamtąd piechotą. Każdy dzień spędzony w górach wykorzystywaliśmy na wszelkie możliwe sposoby, by obcować z przyrodą, której tak mi w mieście brakuje… Chodziliśmy pięknymi widokowymi szlakami , a na jeden dzień wybraliśmy  się do malowniczego Krakowa. Niestety było bardzo gorąco, więc bardziej się męczyliśmy jak cieszyliśmy… Stwierdziłam wtedy, że zdecydowanie wolę prażyć się w okolicach Giewontu niż w okolicach Wawelu…

Jak można łatwo się domyślić, w tym roku także gościliśmy w Tatrach, tym razem w Białym Dunajcu. Odwiedzaliśmy nasze stałe miejsca, zwiedzaliśmy to co zwiedzamy co roku i co nigdy nam się nie nudzi. W górach jest coś tak malowniczego, coś tak pięknego i zachwycającego, że człowiekowi nawet przez myśl nie przejdzie, aby wracać do siebie do domu… To działa jak magnes, przyciąga nas do siebie i nie chce wypuścić. Za każdym razem, kiedy wracamy do Lublina zostawiam w Tatrach małą cząstkę siebie i wracam po nią co rok, po czym znów ją tam zostawiam… błędne koło. A gdyby tak zostawić nie tylko ją, ale całą siebie… Nie wróciłabym do tego śmierdzącego spalinami miasta, a rozkoszowałabym się „Śpiącym Rycerzem” , który budziłby mnie każdego dnia…

Autor tekstu: Aleksandra Wysocka

Komentuj

Kategorie: Okiem Internauty

Tagi: , , ,