fot. Karolina Jankowska

6 godzina jazdy. Jesteśmy na Zakopiance. Wstaje świt. Podnoszę głowę, widzę Tatry. Jesteśmy w domu. Nareszcie.

Całe życie mieszkam na nizinach. Jakkolwiek banalnie to brzmi, moje miejsce na świecie odkryłam jakieś sześć, może siedem lat temu. I kiedy przyjeżdżam w Tatry wiem, że jeśli mam być naprawdę szczęśliwa, to tylko tutaj.

Kiedy ktoś pyta, kiedy pokochałam góry przed oczami mam rajd szkolny na Śnieżkę. Bez przygotowania, najtrudniejszym szlakiem, na górę nie weszłam, tylko się wczołgałam. Niemal na czworaka. Kąpiel w schronisku i to błogie uczucie, kiedy całe zmęczenie spływa z człowieka i zostaje tylko błoga radość i zadowolenie z siebie. Tak, to był ten moment.

Pierwszy wypad w okolice Tatr? Wycieczka klasowa w liceum do Zakopanego. Góry widziałam przez lunetę na Krupówkach. No i może trochę bardziej z bliska – spod Krokwi. Mój pierwszy kontakt z Tatrami.

Potem przyszły wakacje tego samego roku. Zaciągnęłam do Zakopanego ówczesnego chłopaka. Zupełna porażka. Codziennie dosłownie ciągnęłam go w góry. Ja się ekscytowałam, on narzekał.  Kiedy wyjeżdżaliśmy, patrzyłam za siebie i płakałam. Ja nie chciałam wracać do domu, on nie mógł się już doczekać. Rok póżniej powtórzyło sie to samo.

Teraz jeżdżę w Tatry z obecnym mężem. Miłością do gór zaraził sie ode mnie. Kiedy go poznałam, urlop oznaczał dla niego morze, piasek i piwo. Na nasze szczęście Tatry zachwyciły go niemal natychmiast. W  końcu mogłam dzielić się swoją miłością do Tatr, z kimś na kim mi zlaeżało. Gdyby nie to, pewnie nie bylibyśmy dziś małżeństwem. I on dobrze o tym wie..

Przeżyliśmy w Tatrach razem nie tylko pierwszą górską burzę, tam zaleczyliśmy też pierwszy poważny związkowy kryzys, tam nieomal mi się oświadczył. Tatry są religią, którą dzielimy wspólnie. Ja zaraziłam go Tatrami, on mnie fotografią. Razem dzielimy obie pasję – wędrujemy i robimy zdjecia i jest to to, co nas uszczęśliwia.

Pamiętam, jak kilka lat temu nabawiłam się kontuzji kolana w Tatrach. Drugi dzień pobytu. Znajomy lekarz radził nie wychodzić w góry, nie forsować się. Ale jak? Skoro one przyciągają? Skoro tam, w górze, wysoko nad cywilizacją, ma się takie uzależniające poczucie wolności i szczęścia? Jak można sobie tego odmówić? Jak można doświadczyć zachwytu nad ich pięknem, zachwytu wzbierającym w człowieku tak, że wydaje się, jakby nie można było go pomieścić w sobie?

Tak więc latałam z założonym usztywniaczem, opierałam się na kijkach, wygladałam i czułam się jak kaleka, ale jednak Tam byłam. I byłam przeszczęśliwa.

Teraz nie wyobrażam sobie spędzać urlopu w innym miejscu, niż w Tatrach. Po co jeździć gdzieś indziej, skoro tu jest wszystko? Jeżdzimy tam na urlop dwa razy do roku – latem i zimą.  Korzystamy z każdej okazji, żeby przejechać te 400 km i znaleźć się w najcudowniejszym miejscu na ziemi, nawet na jeden tylko dzień. Jest coś takiego, kiedy siedzi się na jakimś szczycie, patrzy wokół. Przyroda, pejzaż, wszystko jest idealne. I nieważne stają się wtedy problemy, wszystko to, co na nizinach sprawia, że życie czasem wydaje sie paskudne i nie do przejścia. W górach, w tym idealnym miejscu, egzystencja wydaje się lepsza, mniej podła, nie ważne jak paskudna wydawała się wcześniej. W Tatrach czas zwalnia bieg, można przysiąść, zastanowić się, zadumać i docenić życie.

Za każdym razem marzyłam o tym, żeby pojechać tam i zostać, mieć możliwość dośwadczania tego uczucia tak często, jak miałabym na to ochotę. Móc mieszkać tam, pod Tatrami… Jak bardzo zazdrościłam każdemu, kto to miał. Już nie płakałam przy każdym wyjeździe, wiedziałam, że wrócę, wcześniej czy później. Nie mogło być inaczej.

       Kiedy planowaliśmy wesele, w głowie wykluł mi się pewien pomysł. Zbierzemy pieniążki z wesela, wyjedziemy do Zakopanego, wynajmiemy jakieś mieszkanko i spróbujemy. Przecież nic na nie trzyma. Cóż, za każdym razem sprowadzano mnie na ziemię.

 

W tym roku stwierdzono u mnie astmę oskrzelową. Dla mnie było to jak wyrok. Jedyne co miałam w głowie to niejasne przeświadczenie o zakazie wysiłku i przemęczania się. Co jest równe zakazowi chodzenia po górach. Rozpłakałam się w gabinecie.

– Przepraszam Pani doktor, ale ja tak kocham góry. Jak ja będę teraz chodzić po Tatrach?

– Niech się Pani nie przejmuje, w Pani przypadku należałoby nawet, oczywiście w miarę moożliwości, rozważyć przeprowadzkę w góry, im wyższe, tym lepiej. Oznaczałoby to dla pani możliwość życia bez leków.

 

Zrządzenie losu, przeznaczenie? Przecież o tym właśnie marzyłam. I podano mi konkretny powód, jeszcze silniejszą motywację. Chcę mieszkać po Tatrami, bo kocham to miejsce, jak żadne inne na świecie, bo daj mi ono siłę. Ale jednocześnie działa ono zbawiennie na moje zdrowie. Czego chcieć więce od życia?

 

Jesteśmy już po ślubie. Tydzień poślubny? Oczywiście w Tatrach. Sesja plenerowa – w ukochanej Dolinie Suchej Wody Gąsienicowej. Za miesiąc jedziemy za granicę. Zarobić na jakieś własne lokum pod Zakopanem. Wiemy, że to potrwa i bedzie ona nas wymagało wiele wysiłku i pracy. Ale warto.

 

Wszyscy mówią: „wyjedziecie i już tutaj nie wrócicie, zobaczycie”. Ale my wiemy swoje nie ma takiej opcji. Żadne z nas nie chce zmarnować sobie życia w desczowej, ponurej Anglii, kiedy w perspektywie mamy życie z widokiem na Tatry.

 

 

Autor tekstu: Karolina Jankowska

Komentuj

Kategorie: Okiem Internauty

Tagi: , ,