fot. Agnieszka Duchowicz

Tatry, nigdy w życiu nie uwierzyłabym, że w tej w sumie od niedawna dla mnie nic nie znaczącej nazwie można się zakochać. Bo przecież jak można kochać coś, co jest wielkości jednej alpejskiej doliny? Wielu ludzi nie rozumie tej „Tatromanii”. Pewnie jakby ktoś mi powiedział  np. w przedszkolu, że zakocham się w górach i będę tam spędzać każde wakacje, to spojrzałabym na niego jak na jakiegoś „kretyna”, postukałabym się po czole i z pewnością poszła w drugą stronę. A jak ktoś dodałby jeszcze, że pod choinkę dostanę parę skarpetek ze specjalnego materiału czy, że będę oszczędzać na śpiwór,  to w ogóle pomyślałabym, że zwariował.

Życie, tak jak i smaki z czasem się zmieniają. Teraz przez cały rok tęsknie za widokiem z okna na Giewont. No ale dla każdego Tatry znaczą coś innego, w innym celu przyjeżdżają po nich chodzić.  Jednych celem jest zapomnieć, innych zakochać się, jeszcze inni chcą odreagować, złapać dystans do siebie i otaczającej ich rzeczywistości, a jeszcze inni po prostu chcą tu być. Niektórzy nawet stąd nie wracają i zostają miedzy skałami na wieki.  Ja będąc w podstawówce zakochałam się w nich od razu. Mama zawiozła mnie i brata na parę dni, żeby poznać nowe miejsce i polskie góry, inne niż te już poznane. Opowiadała mi wtedy jak to schodziła ze szczytów z siostrą w trampkach, nie dość, że przy schodzeniu strzeliło jej kolano, to jeszcze przetarła się jej podeszwa. Ale się z tego śmiałam. Stałam wtedy na balkonie i patrzyłam na Giewont, który akurat był ‘czerwony’ od zachodzącego słońca. Wtedy bałam się gór. Przerażały mnie, te wszystkie tragedie, nie tak dawna wtedy dla mnie, lawina która porwała uczniów wycieczki z bliskiego mi miasta… Ale to był moment, spojrzenie, kiedy strachu już nie było. I jak tu nie wierzyć
w miłość od pierwszego wejrzenia? I w określenie: małe jest piękne? (bo przecież Tatry są najmniejszymi górami o charakterze alpejskim).

Nigdy nie przypuszczałam też, że dla wielu nie widoczny Giewont będzie moim azylem w codziennym i nieco zagonionym życiu, a kalendarz z tatrzańskimi zdjęciami będzie odliczał czas do następnej wyprawy. Mam prawie 21 lat i nie wyobrażam sobie wakacji bez wędrówek w Tatrach, w kilku słowach: wakacje bez  Tatr mogą w ogóle nie istnieć.  Wielu moich znajomych dziwi się co mi się takiego w TYCH górach podoba? Oni, owszem pojadą pod Tatry, ale do Zakopanego, zrobią zakupy na Krupówkach, wjadą na Gubałówkę- to dla nich norma. No niektórzy „dorzucą”  jeszcze Kasprowy i piwo na Gąsienicowej, tak dla urozmaicenia. Ale to są sympatyczni ludzie, którzy mimo swojej ignorancji do Tatr,  podziwiają góry – na swój sposób. Są też tacy, którzy komentują wypady w ten sposób: „po co włazić na górę jak i tak trzeba z niej zejść?” albo „jak chcesz się spocić to przerzuć sobie tonę węgla do piwnicy”. Całe szczęście, że są też tacy, którym zaraz po usłyszeniu słowa Tatry „chochliki” pojawiają się w oczach, nagle się ożywiają i potrafią bardzo dużo czasu spędzić na opowiadaniu o „Granatach czy innych Zawratach” :) , a pot i maszerowanie szlakiem w górę wcale nie jest bez sensu. Wręcz przeciwnie, każdy krok jest wstępem dla pięknej przygody, którą każdy z nas przeżywa w górach i za każdym razem ma inny scenariusz. Emocje towarzyszące opowieściom są wyjątkowe, a pozytywna energia przekazywana w tych opowieściach jest zaraźliwa i długotrwała.  Z całą pewnością, zaliczam się do tych osób.

Z pozoru zwykłe szczyty, jeden wyższy drugi niższy. Mało osób zna je z nazwy, a tajniki typu gdzie znaleźć Kozice czy usłyszeć  Świstaka znają naprawdę nieliczni. Podczas moich wędrówek niestety nie widziałam żadnego z tej dwójki, może to wina tego, że nosze okulary i często zachowuje się jak kret, który kompletnie nie widzi otoczenia, a może to po prostu wina tego, ze nigdy nie udaje mi sie trafić na mały ruch turystyczny w Tatrach. Ale muszę się pochwalić, ze słyszałam świst tego małego gryzonia. Jest on dość charakterystyczny (jak się nad tym zastanowię, to mój brat czasem tak świszczy, ale nie jest on, niestety, małym  Świstakiem) i możecie mi wierzyć wywołuje uśmiech na twarzy, jak wspomnienie o kimś sympatycznym.

Tak jakby się nad tym głębiej zastanowić, to nie mam pojęcia za co kocham te góry, może to ten Świstak? Może są to widoki, które na każdym kroku zachwycają swoją pięknością, może to szlaki na których pokonuje się własne słabości: ból nóg i nie kończący się pot, ale i pokonanie swojego najwierniejszego przyjaciela- lenia, ale też znajduje się często zagubioną pokorę, oraz ćwiczy silną wolę. Może są to ludzie, którzy naprawdę po którymś m. n. p. m są tak sympatyczni, że czasem uśmiech zupełnie obcej osoby, czy sympatyczne, ale zmęczone „cześć” motywują do dalszej wędrówki. Może właśnie ludzie są jednym z tych elementów dla których kocham Tatry.  Bo przecież jak tu nie kochać człowieka, zwykłą miłością do bliźniego, który kulejąc, bez obu rąk wjechał kolejką na Kasprowy i z uśmiechem na twarzy popada w zachwyt otaczających go dolin. To niesamowite ile taki człowiek ma w sobie pasji i samozaparcia. Nie boi się tego co będzie, po prostu realizuje swój plan. Wielu zdrowych może mu tego dążenia do celu tylko pozazdrościć. Być może kocham tą atmosferę jakbyśmy wszyscy byli jedna rodziną, spotykającą sie co jakiś czas. Nie umiem tak po prostu powiedzieć jak to jest z moja miłością do Tatr, to miejsce jest zbyt piękne żeby stwierdzić tylko: „Bo fajnie jest coś kochać”.

Najbardziej do działania motywuje mnie rześki poranek pod Tatrami, po takim uderzeniu świeżości od razu człowiekowi lepiej się maszeruje. Oj, a niekiedy tak się nie chce… i myśli o tym, że ktoś bliski jeszcze smacznie sobie śpi… Ale jak już wejdę na szlak wśród lasu, a potem kosówki, słychać śpiew ptaków, szum wiatru i w zależności od tego gdzie się idzie także szum wodospadów, których przecież mamy parę. Jak na razie każde miejsce w Tatrach, które odwiedzam, ma dla mnie jakieś znaczenie, chodź nie powiem najbardziej, jak do tej pory rozczarowało mnie Morskie Oko. Asfaltowa droga, która stała sie szlakiem uczęszczanym przez miliony ludzi, dorożki i samochody zupełnie do mnie nie przemawia. Przecież to Tatry Wysokie! Nie wyobrażam sobie,  żeby do takiego miejsca przyjść sobie po łatwiźnie- na dodatek w klapkach. To miejsce jest zbyt niebezpieczne dla „klapkowiczów” i.. może trochę to nie jest na miejscu, akurat tutaj, ale gdzie szacunek dla tych wszystkich co zginęli w lawinach i nie tylko, co? Nie! Nie! Nie! Mimo tego, ze jest to piękne miejsce uważam je, a skoro mówimy o miłości, nazwę je wadliwym. Pogodziłam się już z tymi tłumami, dlatego w ostatnim czasie staram się odwiedzać miejsca mało uczęszczane, żebym mogła w miarę możliwości sama nabrać dystansu , nowej energii i zastanowić się nad codziennością.  Siedzenie ponad dolinami, gdzie otaczają Cie najwyższe szczyty, naprawdę skłaniają do przemyśleń
i uświadomienia sobie co jest ważne. Po tym sezonie bezdyskusyjnie prowadzenie obejmuje szlak- Kasprowy- Czerwone Wierchy. To początki mojej przygody z tego typu szlakami, ale wiem, że takie ścieżki  podobają mi się i tegoroczna wędrówka po prostu mnie zauroczyła. Ostatnio naszła mnie taka myśl: pomalutku, na sam szczyt i zaliczę je wszystkie. Uczucie towarzyszące po zdobyciu szczytu jest naprawdę bezcenne. Siedzisz na kamieniach, taki zmęczony i mający czasami wszystkiego dość, patrzysz w dół na te doliny, które przeszedłeś żeby się tu dostać. Rozciągająca się panorama otaczających Cię szczytów jest przepięknym widokiem i trudno w takim położeniu nie kryć radości i szczęścia, że się tu dostało. Po paru minutach, całe zmęczenie odchodzi, jedyne co się czuje,  to radość z tego, że człowiek się tu wdrapał. I nawet nie pamięta tych wszystkich trudnych momentów na szlaku. Rozciągające się puste doliny Słowackich Tatr robią wrażenie, ale także dają do myślenia. Z pewnością tych wszystkich tłumów jeszcze tam nie było. Warto tam chyba kiedyś zajrzeć.

Hmm.. pisze o Tatrach w samych plusach, ale tak jak w miłości się zdarza są też minusy. Oj… jak sobie tylko przypomnę jak mnie te góry niekiedy  denerwują! I naprawdę mam ich czasem serdecznie dosyć. Niektórzy mówią na to spacerek, dla mnie była to wędrówka z przebłyskami przyjemności ale i większego strachu. Gęsia  Szyja- Murowaniec. Wspomnienia niezapomniane. Jest jeszcze jedna rzecz, której po prostu nienawidzę, a Tatry fundują mi ja co roku, raz w mniejszym stopniu, raz w większym. Naprawdę strasznie mnie to denerwuje i myślę sobie wtedy: „Ja Was tu kocham, a wy na mnie z burzą!?”.  I jeszcze tak jak się zdarzyło w tym roku – grad wielkości śliwek na mnie leci.
No tylko usiąść i płakać, ale nawet nie ma gdzie! Bo na tym szlaku wszędzie albo stromo, albo przepaść (w zależności gdzie się jest), a poranna droga, stroma w górę, ale dająca się wytrzymać, zamieniła się w rwący, błotnisty potok. Nic tylko spłynąć. A grzmoty nie dają za wygrana. Muszę przyznać, ze burza jest jedna z tych rzeczy, których się naprawdę boje i nie potrafię wyjaśnić dlaczego. No a w Tatrach burze są naprawdę straszne, grzmoty niosą się echem po całych dolinach, odbijają się o skały… Przypomina to trochę odgłosy towarzyszące wojnie… Podoba mi się stwierdzenie- jak się chce to się potrafi i nic nie ma znaczenia. Jednak jeśli chodzi o góry  to wielkie znaczenie ma bezpieczeństwo. Bo tak naprawdę to na każdym kroku może się cos zdarzyć, nawet na prostej drodze, nogi mogą odmówić posłuszeństwa i wykręcić  Ci numer. Taki, że nigdzie nie pójdziesz.

 Taka przemoczona, ale szczęśliwa, że już jestem w bezpiecznym pokoju. Popijam ciepła herbatę i patrząc na Giewont zadaje sobie pytanie „czy Ja naprawdę te Tatry kocham?”. Jeszcze nie zdarzę wypić jej do końca, mam gotowa odpowiedz „pewnie, że tak przecież Tatry to moja miłość:)

 Autor tekstu: Agnieszka Duchowicz

Komentuj

Kategorie: Okiem Internauty

Tagi: , ,