fot. podgiewontem

„Tęsknota – uczucie braku czegoś, lub kogoś istotnego dla danej osoby. Często pojawia się przy tym odczuwanie niepokoju, smutku i zamyślenia.”

Czy encyklopedia wie czym jest tęsknota? Człowiek wie i na szczęście odpuszcza sobie teorię.

Nie słyszałam nigdy, aby ktoś mówił, że lubi tęsknić. Zawsze są to tylko frustracje i narzekanie na skutki uboczne rozpoznanego uczucia.

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia – dlatego przesiądźmy się.

Gdy brakuje mi ukochanego miejsca, uciekam stąd. Spuszczam powieki, a wyobraźnia zawozi mnie do Zakopanego. Tam, gdzie pachnie miodem. Galopuję po białym pierzu – to jest tęsknota.

Kocham tęsknić, przypominać sobie nie tak dawną historię górala, który z miłości do kobiety wyemigrował na Śląsk, tak zupełnie inny od Podhala.

Trzy nastolatki, z namiotem i śpiworami na plecach, wsiadły pewnego lipcowego dnia do pociągu, zastanawiając się jeszcze czy jechać nad morze, czy w góry. Wybrały Zakopane i już na dworcu kolejowym zakochały się w przestrzeni, która je otaczała i w klimacie, którego Śląsk mógł temu miejscu, tylko pozazdrościć. Poznały tam przyjaciół, przeżyły niesamowite przygody i tak zaczęła się historia o moich rodzicach.

Moja mama była jedną z tych młodych dziewczyn, które bezgranicznie pokochały Tatry, a później jak się okazało nie tylko je. Na którymś z kolejnych wyjazdów poznała mojego tatę i po czasie zakochali się w sobie, mimo odległości, która ich dzieliła. Tato szalał za swoją kobietą do tego stopnia, że kiedyś zjawił się pod jej domem tylko po to, by ją na chwilę zobaczyć. Później stało się to normą – aż pewnego dnia został na stałe. Tęsknił za swoją małą ojczyzną, bo każdego dnia próbował wzbudzić w mamie chęć życia w Zakopanem, snuł marzenia budowy maleńkiego domku z drewnianych bali. Kiedy tylko nadarzyła się do tego okazja, zabierał swoją ukochaną „do siebie”.

Gdy urodziłam się ja, od najmłodszych lat wpajał mi góralskie mądrości życiowe, uczył gwary i pamiętam jak dziś, że mimo iż zawsze miałam go za twardego górala, za każdym razem płakał, kiedy słyszał: „góralu, czy ci nie żal, odchodzić od stron ojczystych, świerkowych lasów i hal, i tych potoków srebrzystych?”.

Było mu żal – to jasne! W swoich miłościach miał te trzy najważniejsze: nas, góry, konie i z jednej z nich na rzecz innej musiał częściowo zrezygnować. Zrobił to i to spowodowało jego tęsknotę. Jestem mu za to wdzięczna, bo kto wie, czy gdybym miała Zakopane na wyciągnięcie ręki, to potrafiłabym je tak mocno pokochać. Jestem pewna, że tęsknota wzmaga miłość.

De Mono śpiewa „(…) ludzie muszą tęsknić, by noc nie była sama”, a ja śpiewam o mgle w kubku herbaty, bo w niej widzę góry i jestem wtedy radością.

Nie wyklucza to jednak tezy cierpienia. Tęsknię, to znaczy nie ma mnie, nie żyję, a ludzie boją się śmierci. Niektóre religie wyznają wiarę w życie wieczne, aczkolwiek nikt tego nie udowodnił. Umieramy i nie mamy już wpływu na życie toczące się na kuli ziemskiej.

Gdy nie żyję, to też tęsknię?

Kilkanaście lat temu, kiedy byłam mała, po góralskim domu dziadków niosła się melodia ze zdartej już wtedy kasety, a babcia nuciła pod nosem słowa o tym, że „(…)kto umie tęsknić, ma bogatsze sny(…)”. Dlatego codziennie prosiłam Boga, by pozwolił mi za czymś bardzo mocno tęsknić. Nie pluję sobie w brodę, bo chyba jestem szczęśliwa. Mimo że tym, czego najbardziej pragnę jest miejsce, które wtedy wydawało mi się, że miałam na wyłączność. Ale „treścią mojej duszy jest tęsknota”, jak mawiał Kazimierz Przerwa-Tetmajer i trudno byłoby bez niej żyć.

Do niedawna nie wiedziałam, że przychodzi kiedyś coś gorszego, nie wiedziałam, że istnieje wyższy poziom tęsknoty, ten niezdefiniowany.

Gdy tęsknię włączam góralską muzykę, zasłaniam żaluzje, wyciągam z szafy sweter w regionalne wzory, do którego tulę się i na jak najdłużej wyruszam w pozawerbalną podróż w góry.

Są dni, gdy to nie pomaga, lecz zawsze byłam pewna, że szczytem mojego utęsknienia jest dwuminutowe pakowanie walizki, opróżnienie skarbonki (tej na „czarną godzinę”) i bieg w stronę dworca, bez sprawdzenia godziny odjazdu pożądanego PKS’u.

Bez względu na konsekwencję, na szkołę, czy zakazy bliskich – „poproszę bilet ulgowy do Zakopca”.

Gdy muszę, już nie ma na to rady. I wtedy jest mój czas, moje wędrówki, głębokie oddechy, kwaśnica i przemyślenia.

Wracam gdy się uspokoję, odpocznę,  lub po prostu, kiedy skończą się fundusze.

O ile z tęsknotą można żyć, można się przyzwyczaić, nawet odrobinę polubić tą spontaniczność, to uczucie, które aktualnie poznaje jest nie do zniesienia. Siedzę w domu jak w pudełku, którego wcale nie mam ochoty opuścić.

Siedzę. Siedzę i chyba nawet nie myślę,  nie funkcjonuję.

W mojej głowie mozolnym tempem przesuwają się slajdy złapanych kliszą źrenicy cudownych miejsc i chwil zbieranych do sakiewki wspomnień przez cały rok. Resztę czasu zabierają mi;  kamera online Zakopane, teledyski Goorala, Zakopower, Siklawy, wiersze Tetmajera, Tischnera i ścieranie kurzu ze starych zakopiańskich fotografii.

Trudno się od tego uwolnić, trudno to nawet nazwać. Nie można mówić „depresja”, trzeba nazwać to uczucie miłością, prawdziwą i nieśmiertelną. Należy wskrzeszać nadzieję, dać sobie czas.

Mam nadzieję, że moja recepta jest skuteczna, iż jeszcze będę się cieszyła, że było mi tak źle, bo to spotęguje moją radość, kiedy moim oczom ukaże się czarny napis na tablicy o zielonym tle, poczuję wiatr prosto z ust Boga i usłyszę pierwsze góralskie słowo „witojcie”.

Autor tekstu: Paulina Walkosz

 

 

Komentuj

Kategorie: Okiem Internauty

Tagi: , , , ,