Zamarła Turnia

W góry chodzimy po to, żeby coś odnaleźć. Dla jednych jest to spokój ducha i ujrzenie swoich myśli w klarownym świetle świata „tam, na górze, z dala od codzienności zwykłych spraw”. Inni odnajdują siłę swojego charakteru oraz przesuwają granicę własnych możliwości podczas spotkania z surową, pachnącą niepowtarzalnie skałą. Wbijają kolejne haki będąc jedynie małą cząstką w onieśmielającej przestrzeni oraz wśród górujących nad okolicą monumentalnych pomników natury. I pokorę- ją też można odnaleźć w górach, a nawet trzeba.

W góry chodzi się również, aby odnaleźć swoje wspomnienia. Poprzednie wyjazdy, niezapomniane przeżycia, lata młodości spędzone na piargach, zielonych halach i szczytach. Przede wszystkim- chodzimy w góry, aby odnaleźć na nowo to, za czym tęsknimy cały czas, kiedy nas w górach nie ma.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Dlatego, że góry przez swoją wielobarwność oraz kokieterię nieprzystępności i surowości zamkniętą w pięknym obrazku- intrygują. Aura tajemniczości oraz pewna doza grozy sprawiły przez lata, że wokół Tatr narosło wiele legend, podań, wierzeń. Niemal każdy zna legendę o Śpiącym Rycerzu czy też przesąd związany z Widmem Brockenu. Ja chciałabym przytoczyć dwie ze swoich ulubionych opowieści, okraszone dozą fantazji ludzkiej, jednak nie bez tła z faktów, prawdziwych zdarzeń.

Zamarła Turnia to taki niepozorny, schowany gdzieś za innymi chochlik. Nie rzuca się w oczy- ani ze strony Doliny Pięciu Stawów Polskich, ani od strony np. Hali Gąsienicowej. Jej legenda oraz historia pokazują jednak jak ten niepozorny garbek, nierobiący szczególnego wrażenia widziany z dolin, potrafi zadbać o swą sławę. Od lat jej Południowa Ściana to taternickie marzenie i sprawdzian. Bo przecież co to za garbek jedynie, który opada do Pustej Dolinki 140-metrową ścianą? Z początku uważana za niemożliwą do zdobycia- uległa w 1910 roku J.Lisieckiemu, S. Zdybowi, H.Bednarskiemu i L.Lori. Tak więc Zamarła od lat inspiruje: pisywali o niej wiersze Jalu Kurek oraz Julian Przyboś, pisał Jan Długosz, który stworzył również scenariusz do filmu o tejże. Pisało wielu innych. Autorem nazwy jest zaś poeta Franciszek Henryk Przyboś.

Po sławie pierwszych zdobywców mitycznej już niemal Południowej Ściany Zamarłej Turni przyszedł czas na przypieczętowanie tej gorszej strony sławy- na pierwszą śmierć. W 1917 roku niejaki Stanisław Bronikowski, 22-letni wówczas młodzian, wspinał się na nią wraz z Rafałem Malczewskim. Kompan Bronikowskiego to nikt inny jak syn słynnego Jacka Malczewskiego, co warto nadmienić. Zuchwały, jednak jak już wiemy wcale nie niemożliwy czyn zakończył się tragicznie – Bronikowski odpadł od ściany i w wyniku upadku poniósł śmierć na miejscu. Niezwykle trudny odcinek drogi nazwano zatem Rysą Broniewskiego, zaś przy turystycznym szlaku wiodącym z Doliny Pięciu Stawów Polskich na Zawrat ustawiono pamiątkową tablicę.

Zamarła Turnia - Tatry

fot. wikipedia / Zamarła Turnia

 

Legenda Zamarłej Turni zaczęła rosnąć w siłę. Po jakimś czasie coraz większym echem odbijały się od kolejnych uszu podania, jakoby pod Zamarłą grasowała zjawa. Nie była to zjawa byle jaka, przeciętna i podobna do innych. O jej wyjątkowości stanowiło to, że była widywana w nietypowych dla zjaw porach, np. w samo południe. Cóż za aberracja! Od szeptu do szeptu rozeszło się, że złośliwa Dama strąca taterników prosto w przepaść, na pewną śmierć. Niemal w świętą prawdę zostało przekute to, że każdy, kto zginął na Zamarłej, widział ją tuż przed śmiercią. Co rozsądniejsi zaczęli się zastanawiać czy aby to nie Dama, a strach przed nią strącał nieszczęśników w otchłań. A jak owa Pani wyglądała? Kobieta w średnim wieku, może już starszawa- kto to wie na pewno, skoro jej twarz była spowita czarną woalką. Czarna, pociągła suknia dopełniała wrażenia, iż jest to osoba w żałobie. I tu wrócimy do wspomnianego wcześniej Bronikowskiego. Po jego śmierci niektórzy podawali, że jego matka miała zwyczaj wysiadywania pod ścianą Zamarłej i to właśnie ona została uznana za Czarną Panią, jak ją nazywano.

Co starsza kobieta miałaby robić hen wysoko i po co miałaby strącać niczemu winnych taterników- tego nie wiadomo. Podobnie myślał Jan Długosz, legenda wśród tatrzańskich pionierów wspinaczki oraz godny uznania literat. W swoim opowiadaniu „Flirt z Czarną Panią” przytacza on zupełnie inny obraz naszej zjawy, aniżeli ten, który standardowo krążył wśród co strachliwszych. Ba! Sądził on, że Czarna Pani jest dobrą zjawą, uczynną, aczkolwiek biedna zbiera cięgi za każde nieszczęśliwe zdarzenie mające miejsce w okolicy Zamarłej. Cóż, taki los, kiedy jest się bądź co bądź, zjawą.
W całym tym zamieszaniu z Czarną Panią warto również przytoczyć jeszcze jedną opowiastkę, powiązaną. Otóż pewnego dnia, w kilka lat przed wojną pewien turysta wyruszył z Doliny Pięciu Stawów Polskich do Morskiego Oka. Za drogę obrał sobie Przełęcz Szpiglasową. Szczęścia chłopaczyna nie miał- widmo zbliżającej się burzy zaczęło snuć się nad nim niczym złowrogi całun z czarnych chmur. Kto przeżył burzę w górach ten wie, że pomruki ciskających coraz bliżej piorunów przeradzają się w odbijane echem od skalnych ścian huki przeszywające na wskroś. Nie pozostało turyście nic innego jak duszę złożyć na ramię i iść w coraz to bardziej pochłaniającej okolicę ciemności. Gdy dotarł na Przełęcz ciemność spowiła już cały krajobraz. Wtedy ujrzał zbliżające się do niego światełko.

Dobry wieczór, czy mogę Panu towarzyszyć?”- odezwał się przybysz.
Turysta się zgodził, wszak towarzystwo w takich okolicznościach to poskromienie szepczącego do ucha strachu. Była jednak jedna rzecz, która nieco dziwiła w tajemniczym przybyszu – jego ubiór. Trochę staromodny, jakby nieadekwatny do ówczesnych czasów, źródło światła zaś jakby górnicza latarenka, kanciasta jakaś. Poszli. W pewnym momencie przybysz zatrzymał się, wskazał ręką Mnicha i rzekł:
Pan wybaczy, muszę Pana teraz opuścić, ponieważ wybieram się na Mnicha.
Turysta nie potrafił ukryć swojego zdziwienia. O tej porze, w tę pogodę na Mnicha?! Czy on oszalał? Wyczuwając tę konsternację tajemniczy przybysz odezwał się z te słowa:
Ach, proszę wybaczyć, zapomniałem się przedstawić! … Bronikowski jestem”- powiedział wyciągając dłoń na przywitanie.
Ani mrok, ani ciskające pioruny, śliskie podłoże, zmęczenie też – nic nie było w stanie w tym momencie powstrzymać turysty przed paniczną ucieczką, ile sił w nogach.

Tak oto pamięć o pierwszej śmierci na Zamarłej Turni przetrwała nie tylko w Kronice TOPR i licznych wspominkach, ale również w postaci zjaw Bronikowskiego oraz Czarnej Pani.

W poszukiwaniu kolejnej tatrzańskiej legendy warto przenieść się pod Wielką Świstówkę, a dokładnie do lasu leżącego poniżej. Skupisko olbrzymich Wantuli i cmentarzysko powalonych drzew to krajobraz, który potrafi zasiać ziarenko niepokoju i zachwytu jednocześnie. Nie jest on jednak dostępny dla turystów. Jak powstały te dziwy? Otóż w czasie epoki lodowcowej nastąpił obryw skał ze zboczy Dziurawego, po czym lodowiec zepchnął oderwane masy skalne około 0,5 kilometra w głąb doliny. Aby dopełnić dzieła tworzenia tak osobliwego krajobrazu, w 1968 roku przyszła wichura, która wyłamała okoliczne drzewa. Jak podają niektóre źródła, wszystkie wanty ważą łącznie około 45 mln ton [!].

Wielka Świstówka - Wantule

fot. wikipedia / Wielka Świstówka – Wantule

 

Tyle z grubsza o powstaniu Rezerwatu Wantuli mówi nauka. A co mówią miejscowe podania głoszone m.in. przez samego Sabałę?
Otóż kiedyś w tym miejscu były piękne zielone hale. Pasterze wypasali tam swoje owce, wokół dymiły szałasy. Któregoś dnia na horyzoncie pojawił się żebrak. Cherlawy i skromny, prosił jedynie o posiłek. Postać głodnego człowieka nie ujęła niestety pasterzy – przepędzili biedaka. Jedynie mały chłopiec wypasający jedną owieczkę zlitował się nad nieszczęśnikiem i napoił go mlekiem. W ramach wdzięczności usłyszał od żebraka coś, co miało uratować małemu życie:
Słuchaj, mój synu, kiej bedzies gnał owce na połedeń, uwazuj na trzy kmury. Jedna przyńdzie wpierw, druga za nią, jak przyńdzie trzecia, kiej bedzies w strądze- uciekaj!
Chłopiec wysłuchał żebraka i od tej pory bacznie obserwował niebo. W pewnej chwili pojawiła się pierwsza chmurka. Tuż za nią wpłynęła na błękitne niebo następna, a za nią trzecia. Malec pamiętając, co żebrak mu nakazał – zaczął uciekać ile sił w nogach. I właśnie wtedy z wielkim hukiem skały ze zboczy Dziurawego zaczęły się obrywać grzebiąc wszystkich pasterzy. Od tej pory podobnież słychać tam w południe turkotanie dzwonków i beczenie owiec.

Zarówno Czarna Pani, duch Bronikowskiego czy też legenda o powstaniu Rezerwatu Wantuli nie należą do faktów. Jest jednak coś takiego w tatrzańskich zakamarkach, co daje nam zielone światło na chwilę zapomnienia i odkrywania znanych historii na nowo, choć już nie do końca na serio :)

 

Autor tekstu: Małgorzata Jędryka

foto w miniaturze: goryonline.com

 

Komentuj

Kategorie: Ciekawostki

Tagi: , , , , , , , ,