fot. Kasia Olszewska

„ Dziś jest ten rodzaj ciszy, że każdy wszystko usłyszy. I sanie w obłokach mknące i gwiazdy na dach spadające, a wszędzie to ufne czekanie? Czekajmy – dziś cud się stanie…”

 

Niech nadchodzące święta Bożego Narodzenia przyniosą wiele ciepłych chwil, pełnych szczęścia a Nowy Rok spełnienie wszystkich marzeń

Tego kochanej wnuczce życzy babcia Wala

Boże Narodzenie 2012

No tak… Biorąc ostatni łyk porannej kawy, wpatrywałam się w pierwszą w tym roku kartkę świąteczną z ogromnymi majestatycznymi bombkami z wielkim prezentem na czele, oraz wzywającym do walki ze wszystkimi swoimi słabościami – ogromnym i jak nic napawającym optymizmem czerwonym napisem „RADOSNYCH ŚWIĄT!”, którą do tego wszystkiego przyniósł mi skoro świt, stawiając na nogi wszystkich i wszystko, co tylko mógł spotkać na swojej drodze mój „ukochany” listonosz.

Znowu grudzień. Tylko patrzeć jak jeszcze parę dni i wraz z przejazdem nieśmiertelnej „ coca-colowej” ciężarówki w TV, ludzi ogarnie szaleństwo… Bo kiedy tylko nadchodzą święta, wszystko budzi się do życia… Banki, ”providenty”, „stefczyczki”, operatorzy sieci komórkowych, internet, telewizja, no i oczywiście zwieńczenie całego świątecznego klimatu, jakim jest Kevin… Nawet złodzieje stają się w tym czasie aktywniejsi… Każdy tylko patrzy, co by wygarnąć z tych świąt jak najwięcej korzyści. A gdzieś tam siedzi i bezskutecznie woła nas ten prawdziwy mistyczny klimat…

Przepis na tradycyjne rodzinne święta to: Weź pożyczkę, obdaruj swoich najbliższych nowoczesnym smartfonem i super hiper wypasionym tabletem z internetem za jedyne 0 złotych! A do tego obowiązkowo nowoczesny telewizor 100 cali z pakietem 800 kanałów, bo po co zużywać klawisze w pilocie pstrykając przez 60 kanałów, jak można pstrykać przez 800, przynajmniej wiadomo za co się zużywają :)  Następnie odstój swoje w korkach, znajdź miejsce do zaparkowania, wywalcz jeżdżący koszyk, bo w przeciwnym razie przyjdzie Ci pięciokrotnie zaliczyć kolejkę, co oczywiście można sobie urozmaicić przestępując raz z prawej nogi na lewą a raz z lewej na prawą. Uwierzcie mi, wtedy to już  czas płynie błyskawicznie a jeszcze   idąc przy tym za każdym razem do innej kasy, mamy możliwość życzenia „Wesołych” Świąt osobiście każdej z kasjerek :) No a jak już w końcu znajdziemy się w domu z zakupami to wtedy już tylko jakieś trzy doby gotowania i sprzątania, no ale to już przecież sama przyjemność…

Można przy tym nawet rozwijać podzielność uwagi a nawet ćwiczyć koordynację ruchową: jedna ręka miesza barszcz, bigos, pierogi i zmywa naczynia,  druga odgania dzieci od choinki ocalając ją przed upadkiem w stos prezentów – tłumacząc przy tym cierpliwie, że Mikołaj będzie później, i że w świętach jak by na to nie patrzeć najważniejsza jest wieczerza i rodzinna atmosfera… trzecią ręką zawsze można podać mężowi piwo no a czwartą odganiać psa, żeby jeszcze cokolwiek na ten stół wigilijny zostało. Do tego oczywiście należałoby dodać nieograniczone ilości szczęścia, miłości, alkoholu, uśmiechu, być oazą spokoju no i koniecznie trzeba uwolnić tą niezwykłą świąteczną magię schowaną do słoika w zeszłym roku… a byłabym zapomniała… ani na chwilę nie można dać się ponieść myślom, że jeszcze tylko 2 dni świąt i  będzie już wymarzony spokój. A nie daj Boże, ktoś zakłóci sielankę przy stole pukaniem do drzwi… wtedy rozlega się cisza… bo pewnie coś chce, a może złodziej, a może okradnie, a może pieniądze chce… a może samotna sąsiadka spod piątki przyszła podzielić się opłatkiem…  ”Cicho, cicho -nie musicie szeptać- już chyba poszła” . No a jak zagrożenie minie można już tylko celebrować Boże Narodzenie  w swoim gronie, sam na sam przed nowym TV  z   tym samym Kevinem, tylko z roku na rok w coraz to większej rozdzielczości.

Przecież to tylko święta… takie radosne, spokojne i wesołe, pełne magii i wzruszeń. A do tego wszystkiego ani śladu śniegu, który zapewne, jak się to już w naszej nizinnej tradycji przyjęło spadnie na Wielkanoc…

A gdzie w takim razie podziały się prawdziwe święta??? Gdzie wspólne ubieranie choinki, oczekiwanie na pierwszą gwiazdkę, zasiadanie przy skromnym stole, obdarowywanie się upominkami, (nierzadko drobiazgami zrobionymi ręcznie), gdzie śpiewanie kolęd, zapraszanie do swojego grona wszystkie napotkane samotne osoby… a zamiast Kevina – wspólny wypad na pasterkę…

 

************************

Od rana siedziałam bezczynnie w pracy, gdyż wszystkich pacjentów pochłonęła bez wyjątku atmosfera świąt, a ich chore zęby natenczas nie czuły się wystarczająco chore, żeby nie można było tego przełożyć na „po świętach”. Klikałam bez wytchnienia naprzemiennie w kamerki internetowe pokazujące aktualny widok na samotne ośnieżone góry, zatłoczone turystami Krupówki, majestatyczny Giewont i zakorkowaną Zakopiankę… Potem przez okno gabinetu na pędzących ludzi i zatłoczone tramwaje. Następnie pochłonęłam wszystkie informacje ze strony Tygodnika Podhalańskiego, a potem znowu patrzyłam przez okno nawet już nie wiem na co… Tak wiem, wiem… Sama czasem zastanawiam się czy to jest aby normalne, ażeby każdego jednego dnia (od zakończenia pracy w schronisku) zaglądać nawet po kilka razy dziennie na kamery, wstrzymywać na chwilę oddech, oddać się zapomnieniu, żeby za chwilę brutalnie zejść na ziemię, otrzeć łzy tęsknoty za Tatrami i próbować egzystować dalej, a wieczorem ściskać oglądany po raz tysięczny album ze zdjęciami. A może by tak raz wyjechać, nie dać się ponieść świątecznemu szaleństwu, może chociaż ten jeden jedyny raz uciec na święta w góry… do Zakopanego… uciec tam, gdzie ponad rok temu została jakaś część mojej duszy. Nawet zatłoczone Krupówki mogą mieć swój urok w świetle światełek odbijających się w śniegu, gdzie zewsząd dobiegają góralskie skrzypce, a od czasu do czasu przemknie jakiś kulig…

 

************************                                                                                       

Jedziemy! Jedziemy!!!! AAaaaa!!!! Czy wszystko mamy? Czy na pewno? Spodnie narciarskie? Rakiety? Raki? Kijki? Są? Nie wiem, chyba są… A kominiarka? Skarpetki? Polar? Ale na pewno jest? Chyba jeszcze nigdy nie pakowaliśmy się w takim pospiechu mając na to  2 godziny  od podjęcia decyzji… ta była zaś jedną z najbardziej spontanicznych w naszym życiu!  (no może wyłączając ślub :)) Zapakowaliśmy  wszystko  do naszego „ porszaka” (który  chyba też poczuł, że szykuje się coś wyjątkowego, bo nawet postanowił zapalić za pierwszym razem), co pod wpływem chwili wydawało  nam się potrzebne, pozwalając sobie czasem na pomoc nóg J bo jeżeli ktoś w ostatniej chwili przed wyjazdem z miasta zatrzymuje się  przy „Rajskim ogrodzie” i postanawia zabrać ze sobą jeszcze  „ malutką” żywą  choinkę w  wielkiej doniczce, a potem jeszcze  ograbić  jedną z „ Biedronek” z resztek, którym udało się przeżyć świąteczne tornado, to może już śmiało ruszać  w drogę!! Jeszcze tylko 700 km „Naszych Polskich Dróg”  dzieli nas od celu… a czym jest cel? Tego nikt z nas nie wie… Im dalej na południe tym bardziej spada temperatura i zaczyna sypać śnieg.

„Porsze” wydaje się być zadowolone, że w końcu wyrwało się z nizin i  widzi śnieg, bo wszystkimi czterema kołami usiłuje trzymać się drogi. Stara się nawet z całych sił piąć pod górę. Jedziemy powoli i ostrożnie, popijamy barszczyk z termosu, śpiewamy kolędy z rozentuzjazmowanym panem puszczającym je w radiu (ów pan zresztą na pewno jest „bardzo” szczęśliwy, że może nam je puszczać w ten dzień ) a kilometry lecą. Powoli zaczyna się ściemniać, a to oznacza że gdzieś tam na niebie za chmurami chowa się przed nami pierwsza gwiazdka. Rozpoczęliśmy zabawę kto pierwszy ją wypatrzy. Niestety zwyciężczynią okazała się być Gwiazdka, bo to ona nas  przechytrzyła  i wyjrzała zza chmury na wprost nas… Uznaliśmy jednogłośnie, że zabawa się nie liczy i szybko rozpoczęliśmy rywalizację, kto wypatrzy po drodze większą ilość choinek.  Przed nami jeszcze kawałek drogi, dlatego zjechaliśmy na parking. Zagrzaliśmy sobie prawdziwe i najlepsze jakie w życiu jedliśmy „biedronkowe” pierogi, pierwszorzędny barszcz z torebki zalany wrzątkiem z uszkami, zimne krokiety, śledzia z pudełka i kawałek starego piernika. Złożyliśmy sobie najpiękniejsze i prawdziwie szczere życzenia.

Stwierdziliśmy że są to nasze najlepsze święta, dlatego bo są tylko nasze        i wróciliśmy do auta. Cel: góralska Pasterka. Po 23.00  dotarliśmy do Zakopanego. Znalezienie miejsca do parkowania w okolicy Krupówek graniczyło z cudem, no ale przecież jest Wigilia więc cuda się zdarzają. Po drugie jesteśmy na Podhalu, a jeszcze 13 godzin wcześniej byliśmy w domu, co tez wiązało się z cudem, a i „porsze” po swoim debiutanckim maratonie, nawet po trzaśnięciu drzwiami nie rozpadł się…  No to teraz świat stał dla nas otworem. W taką noc wszystko jest możliwe. Po Pasterce zakończonej obowiązkowo moim płaczem (czasem człowiek ma takie skrzywienie jak słyszy skrzypce) spacerowaliśmy bez celu po  Krupówkach, śnieg nie przestawał sypać, wszędzie było czysto biało i bajecznie kolorowo od światełek. Nawet te tłumy ludzi nie były już takie  straszne. Może dlatego, że nikt nie miał już raczej powodów do zmartwień i pośpiechu. Z knajpek dobiegały góralskie kolędy.

Gdzieś dalej siedział chłopak grający na gitarze, wrzuciliśmy mu trochę grosza i podzieliliśmy się zimnymi krokietami :) Zboczyliśmy trochę z drogi, żeby nacieszyć się chwilkę cichymi, zaśnieżonymi uliczkami Zakopanego, bo przecież nie samymi Krupówkami i Gubałówką człowiek żyje, i rozeznać się troszkę gdzie tu ewentualnie można przetrwać noc. Jak przygoda to przygoda, a że raczej zdawaliśmy sobie sprawę, że znalezienie noclegu w środku sezonu świątecznego w sercu Zakopanego o 2 w nocy raczej graniczy z cudem, a że limit cudów na dzisiejszy dzień został już wystarczająco nadwyrężony, wróciliśmy do samochodu. Poczuliśmy zakopiańską atmosferę, a rano chcieliśmy poczuć już tą górską :).  Przy odrobienie szczęścia i dobrej widoczności mieliśmy szanse na podziwianie najpiękniejszego bożonarodzeniowego wschodu słońca nad Tatrami, skonsumowanie świątecznego śniadania w schronisku, ulepienie bałwana i zaliczenie obowiązkowych zjazdów na naszych  plastikowych „pupolotach” :)  – dlatego udaliśmy się na „Głodówkę”. Tam zaparkowaliśmy auto. Rozłożyliśmy siedzenia i każdy wskoczył w swój przygotowany specjalnie na tą okazję cieplutki śpiwór. Wszędzie było cicho, tak spokojnie i tak bezpiecznie. Całe wnętrze samochodu wypełnione było zapachem wciśniętej w kąt choinki                        i porozlewanego barszczu :).

                                                ************************

Z błogiego snu wyrwał mnie natrętnie dzwoniący telefon… no tak –  pewnie  zmartwiona mama dzwoni w środku nocy, bo z tej naszej spontaniczności zapomnieliśmy zadzwonić, że udało nam się szczęśliwie dotrzeć na miejsce…

– Halo ? Mama? … cisza… – Halo???? Mamo???? Dojechaliśmy, śpimy właśnie w samochodzie, bo czekamy na wchód słońca nad panoramą Tatr!!! Wszędzie jest śnieg i taka cisza! Nie masz pojęcia jak tu jest pięknie!!!

– Yyyy… przepraszam, ale czy ja oby na pewno dodzwoniłam się do dentysty??? Czy można do Państwa przyjechać z bolącym zębem???

Nagle wszystko zniknęło. Zniknął śpiwór, zapach choinki i samochód… W zamian pojawił się niebieski fartuch, klapki i specyficzny zapach. Nawet śniegu nie było… Pozostał tylko monitor z odpaloną na ekranie kamerą internetową z widokiem na Krupówki…  szarobura pogoda za oknem i wielka słuchawka przy uchu. Bardzo szybko zeszłam na ziemię. Przecież dziś jest Wigilia a mi przypadł samotny dyżur w  pracy. Starając się ze wszystkich sił, ażeby mój uśmiech „można było dostrzec” po drugiej stronie telefonu, odparłam:

– Tak oczywiście, mamy dzisiaj czynne. Do której? Do 22.00. Można przyjechać w każdej chwili… Słucham? Jutro? Też oczywiście można do nas przyjechać –  Tak, bez żadnego problemu, właśnie po to jesteśmy… Od której? W pierwszy i drugi dzień świąt zapraszamy jak w każdy dzień powszedni od 8.00 do 22.00.

Autor tekstu: Kasia Olszewska

 

Komentuj

Kategorie: Górskie opowiadania

Tagi: , , , , ,