fot. Michał Nowotnik

Oddycham i nareszcie to czuję. Powiew utęsknionego, nieskażonego, pachnącego świerkiem i ziołami, orzeźwiającego górskiego powietrza. To nasz pierwszy odpoczynek przy strumieniu na zielonym szlaku poprowadzonym słowacką Javorową Doliną. Przed nami rysuje się już potężny i trochę groźny masyw górski, którego pokonanie mamy w planach, żeby dostać się na noc do schroniska Zbójnicka Chata. Przez to, że jesteśmy nieco opóźnieni, rozważamy też opcję spędzenia noclegu w Teryho chacie.

Nie zdawaliśmy sobie sprawy jak bardzo ten sobotni poranek zaktywuje turystów. Podróżując busikiem na Łyską Polanę można było odnieść wrażenie, że wszyscy z Zakopanego postanowili wybrać się na Morskie Oko. Mieliśmy jednak szczęście, ponieważ okazało się, że nasz kierowca uczynił ze swojego auta pojazd uprzywilejowany. Większą część drogi jechaliśmy lewym pasem omijając stojących w korku nieszczęśników, a co jakiś czas przekonywaliśmy się z jaką łatwością z drogi dwupasmowej można zrobić trójpasmową.

Dzień nie zaczął się najlepiej. Trasa w którą się wybraliśmy była rezerwową. Ideą wyjazdu był atak i przejście Orlej Perci. Solidne opady z poprzedniego dnia i niepewna pogoda na sobotę kazała nam jednak zweryfikować plany. Do tego, dostaliśmy na śniadanie jajecznicę na „lewym” boczku. Dokładnie to powiedział kelner serwując nam danie i szybko okazało się, że coś knuje. Jajecznica była niejadalna. Oczekiwanie na następne danie, a później zakup euro w kantorze zabierało nam ten właściwy na wędrówkę czas.

Gdy zaczęliśmy mozolną wspinaczkę z plecakami na przełęcz pod Lodovym Szczytem to już się nie liczyło. Ważny był każdy następny krok stawiany po coraz bardziej stromej, kamienistej powierzchni. Przejście odsłoniętą dolinką tuż po postoju było bardzo relaksujące. Przygrzewało słoneczko poprawiając nasze humory. Bardzo nam się to przydało, bo za chwilę zaczynał się ten etap, na którym uwidaczniają się kondycyjne różnice między uczestnikami wycieczki. Spośród naszej szóstki największe doświadczenie i najwięcej siły miał Marek. Wielokrotny pobyt w Alpach procentował. Dzielnie dotrzymywaliśmy mu kroku, ale to on wyznaczał tempo marszu.

Uwielbiam ten moment, gdy wkracza się  w wyższe partie gór, gdzie zaczyna się strome podejście. Powietrze i krajobraz robią się surowe. Krystaliczność przepuszczanego przez płuca powietrza  sprawia, że organizm zaczyna funkcjonować na wyższych obrotach. Jest zdolny do wysiłku, na jaki nie jest w stanie zdobyć się w mieście. W oddali dostrzegamy samotną kozicę. Wygląda, jakby nas witała w swoim domu. Odprowadza nas kawałek drogi. Mam wrażenie, że jej dostojność i piękno ma nam przypominać, że jesteśmy tylko gośćmi. Taki widok budzi w człowieku, to co najlepsze. Jeszcze bardziej doceniamy że tu jesteśmy i przypominamy sobie by szanować to, co dookoła nas. Dopóki tak będzie, mamy jej błogosławieństwo.

Spotykamy tylko nielicznych piechurów. Gdy osiągamy przełęcz, mijamy się z parą idącą z Teryho Chaty. Dowiadujemy się, że możemy liczyć na miejsce do spania na podłodze. Ku naszemu zdumieniu, po spotkaniu z nami kierują się oni na Lodovy szczyt, na który nie prowadzi przecież szlak, a wejście możliwe jest tylko z przewodnikiem. Może któreś z nich ma takie uprawnienia.

Kontynuujemy naszą wyprawę. Jest dość wcześnie, żeby nie odrzucać scenariusza z przejściem przez Czerwoną Ławkę do Zbójnickiej chaty. Taką decyzję postanawiamy podjąć u jej podnóża. Przy zejściu pokonujemy około 300 metrów bezwzględnej wysokości, które dopiero co zdobyliśmy. Mam taką refleksję, że słowackie Tatry są jakby powiększone o jedną skalę w porównaniu do naszych. Są tym, co by się zobaczyło po przyłożeniu szkła powiększającego W Tatrach Słowackichnad polską częścią tej krainy. Tu znacznie dłużej wędruje się dolinami, przełęcze są na wyższej wysokości, a całe masywy wyraźniejsze.

Zejście minęło nam szybko i przyjemnie. Było więcej czasu na żarty i rozmowy. Góry chyba sprawiają, że człowiek zbliża się do swojej istoty. Staje się wrażliwszy, zrelaksowany, otwarty. Przestaje kalkulować i bardziej cieszy się

trwającą chwilą. Do rozwidlenia szlaków docieramy koło 16. Pogodę jaką zastajemy dobrze ilustruje zdjęcie po prawej stronie:

 

Jest mgliście, ale nie deszczowo. Widoczność na 50-80 metrów. Każdy wyciąga zaskórniaki z plecaków. Trzeba się posilić i wzmocnić, bo to jeszcze nie koniec. Ania dzieli się pyszną mieszanką orzechów i rodzynek. Na tyle dodaje nam to sił, że jesteśmy śmielsi w kalkulacjach. Oceniamy, że starczy nam czasu i sił, by jednak wybrać dłuższą i cięższą trasę przez budzącą respekt prawie pionową ścianę Czerwonej Ławki. Być może w podjęciu tej decyzji pomaga nam mgła, z powodu której nie widzimy do końca co nas czaka. Ustalamy kolejność marszu i w drogę. Teraz jest jużPo słowackiej stronie znacznie trudniej. Plecaki jakoś bardziej ciążą, organizm domaga się więcej tlenu przyspieszając oddychanie. Przypominam sobie inne odcinki z łańcuchami jakie pokonywałem, ale ten chyba jest znacznie dłuższy. Zatrzymujemy się co parę kroków, by odsapnąć. Nikt nie narzeka, nikogo z nas nie paraliżuje wysokość i skala trudności. Dzielnie pokonujemy metr po metrze.

 

Na górze czeka na nas nagroda. Przepięknie się wypogadza. Złotawe słońce na niecałe dwie godziny przed zachodem oświetla delikatnie czerwony porost surowych skał i wskazuje nam ostatni etap drogi do Zbójnickiej Chaty. Jesteśmy już bardzo zmęczeni, ale na horyzoncie widzimy nasz punkt docelowy, czyli schronisko. Udaje się do niego dotrzeć tuż przed zmrokiem, bez konieczności wyciągania czołówek.

Czy pamiętacie swój najlepszy posiłek? Ja nie zapomnę słowackiego specjału: zupy cebulowo czosnkowej kupionej i łapczywie spożytej tuż po dotarciu na miejsce. Błogosławiony był ten posiłek i rozlał się przemiłym ciepłem po moim obolałym ciele. Krótka, choć miła biesiada była wspaniałym podsumowaniem tego pięknego dnia. Ogłoszenie ciszy nocnej zastało nas szybciej niż byśmy chcieli, ale grzecznie położyliśmy się spać, by zregenerować się przed powrotem.

Nasz wyjazd był zorganizowany tak, żeby niedzielę poświęcić na powrót do domów. Ponieważ zjechaliśmy z różnych stron (Lublin, Warszawa, Radom, Rzeszów), dążyliśmy do tego żeby najpóźniej o 16 wyjechać
z Zakopanego. Dlatego też bardzo wcześnie przywitaliśmy niedzielę i ruszyliśmy w drogę powrotną. Pogoda tego dnia była dla nas darem. Towarzyszyło nam słońce i bezchmurne niebo.

Tatry Słowackie
Czekało nas jeszcze jedno, ostanie podejście w górę na trzecią już na naszej drodze przełęcz. Po niej przećwiczyliśmy drogę łańcuchową, tym razem sprawdzając przemieszczanie się po niej w dół.

Michał Nowotnik w Tatrach Słowackich   Tatry - Słowacja
 

Wyszło dobrze. Zachowaliśmy zimną krew. Jedyne straty to oderwana podeszwa od buta Marka. Po takiej trasie to jednak nie powinno dziwić. Potem już mieliśmy z górki. Po drodze mogliśmy podziwiać przepiękny widok na Żabi Szczyt, Rysy, Vysoką i Garnek.

 

Tatry - M. Nowotnik  M. Nowotnik i ekipa w Tatrach
 

Zejście Bielovodską Doliną bardzo się dłużyło, ale Damian, który tego dnia był w życiowej formie, nie pozwalał nam się ociągać. Przy zejściu się Rybiego potoku z potokiem Bielowodowskim wiedzieliśmy, że zostało już niewiele drogi. W tym miejscu bardzo zbliżyliśmy się do szlaku na Morskie Oko. Oddzielał nas tylko potok dlatego mogliśmy dostrzec tłumy sunące nad najpopularniejszy polski staw. My tymczasem mijaliśmy turystów nie częściej niż raz na 10 minut, a uważam, że droga, którą przeszliśmy niczym nie ustępuje tej tak licznie uczęszczanej po stronie polskiej.

Tego dnia tuż przed północą dotarłem do domu w Radomiu.  Weekend minął aktywnie i wesoło, a poczucie harmonii i siły pozostało we mnie na długi czas od wyjazdu.

 

Autor tekstu: Michał Nowotnik

Komentuj

Kategorie: Szlaki tatrzańskie

Tagi: , , , ,