fot. Iga Walczak

„Kup bilet. Wybierz sektor. Zatwierdź. Wyślij.” Kilka kliknięć i internetowa rezerwacja zrobiona. Bilety kupione! Teraz pozostało tylko odliczanie. A właściwie jego końcówka – takie final countdown. Zaczęło się w styczniu 2011, dokładnie 23 stycznia, zaraz po pierwszym  w karierze zwycięstwie Kamila Stocha i odśpiewaniu „Mazurka” wraz z innymi kibicami na skoczni.

Właśnie wtedy postanowiłam, że będę tu za rok, że nie pozwolę, żeby ominęło mnie takie święto. I zaczęłam odliczanie. Teraz pozostały już tylko dwa miesiące, kilka tygodni, dni… i w końcu jest – upragniony czwartek, 19 stycznia! Jedziemy! Jeszcze rano do pracy, potem pakowanie i wieczorem odjazd. Lubię nocne autobusy z Warszawy do Zakopanego. Są trochę jak urządzenia do teleportacji – zasypiam w Warszawie, a gdy się budzę, kilka razy przecieram oczy ze zdumienia i zastanawiam się czy to sen czy naprawdę, widać już nasze kochane Tatry. Tak, to one! Za chwilę wjeżdżamy na stary, znajomy dworzec. Dzień dobry Zakopane!

Piątkowe przedpołudnie mija szybko. Trzeba chwilę odpocząć po podróży, potem krótki spacer, obiad i skocznia. O 15.30 rozpoczyna się seria próbna. Chcąc zająć dobre miejsce musimy być pod Wielką Krokwią najpóźniej godzinę wcześniej. Docieramy tam przed 14. Panowie ochroniarze rzetelnie sprawdzają zawartość plecaków i nieco mniej rzetelnie zawartość termosów ;). W końcu wchodzimy do naszego ulubionego sektora C, w którym pierwsi kibice radośnie wymachują biało-czerwonymi flagami. Biel i czerwień towarzyszyły nam właściwie już od rana. Idąc z dworca mijałyśmy kilka domów przystrojonych w narodowe barwy i mnóstwo stoisk, przy których sprzedawcy oferowali biało-czerwone flagi, czapki, kapelusze, szaliki, rękawiczki, trąbki, koszulki, a nawet śpioszki dla najmłodszych kibiców. Większość turystów przemierzających ulice Zakopanego zdążyła już zaopatrzyć się na tych stoiskach w przeróżne gadżety i na ten jedyny w roku weekend całe miasto stało się biało-czerwone.

Wróćmy na skocznię. Z minuty na minutę przybywa kibiców. Ale przybywa też śniegu, coraz obficiej sypie się z on nieba. Seria próbna, która i tak rozpoczęła się nieco po czasie, po kilku skokach została przerwana i odwołana. Pozostało oczekiwanie na konkurs. I nadzieja, że pogoda będzie łaskawa dla skoczków i pozwoli na jego przeprowadzenie. Kiedy jeszcze oglądałam skoki w telewizji, w takich chwilach myślałam zawsze: „Biedni kibice. Marzną, czekają i nawet nie wiedzą czy się doczekają”. Na szczęście atmosfera na skoczni nie sprzyja takim refleksjom :). Prowadzący imprezę Mikee i DJ Ucho (najlepsi prowadzący na świecie) nawet na chwilę nie dają zapomnieć, że bez względu na pogodę, to największe święto polskiego sportu! Wspólne zabawy, tańce, śpiewy, fala meksykańska… I nagle okazuje się, że godzina minęła, rozpoczyna się konkurs. Teraz pozostaje nam już tylko mooocno zacisnąć kciuki i oglądać. Każdego kolejnego skoczka witamy trąbkami. Gdy skaczą Polacy w trąbki dmucha się dwa razy mocniej. Po świetnym występie Kamila w pierwszej serii wszyscy z niecierpliwością czekają na drugą. Jest, siedzi na belce! Kciuki zaciskają się coraz mocniej, trąbki skutecznie zagłuszają spikera, race odpalone. Leć, Kamil, leeeeć… Poleciał! 135m! Jeszcze tylko jeden skok, tylko Severin Freund i możemy świętować. Pod Wielką Krokwią wybucha wielka radość! Szaleństwo ogarnia kibiców! Słychać tylko trąbki i skandowane DZIĘKUJEMY!!! Za chwilę dekoracja i od roku wyczekiwany „Mazurek Dąbrowskiego”. Nic nie jest w stanie zastąpić tej chwili, kiedy mając nad głową morze biało-czerwonych flag, z tysiącami kibiców wokół można zaśpiewać „Mazurka”. Ze łzami w oczach, jak zwykle.

Święto ze skoczni przenosi się na Krupówki. Może jest nas trochę mniej, niż rok temu; może jeszcze nie wszyscy uwierzyli, że po Adasiu ktoś będzie skakał… A jednak! Krupówki, gdyby spojrzeć na nie z góry, przypominałyby pewnie biało-czerwoną, trąbiącą rzekę. Radość ze zwycięstwa Kamila trochę nam przysłoniła doskonały występ Olka Zniszczoła. Ten młody, polski zawodnik zajął przecież dziewiąte miejsce! Podobno komentatorom z innych krajów wymówienie nazwiska Zniszczoł sprawia duży problem. No cóż… niech się uczą! Jeszcze nie raz im się przyda! :)

Sobotni konkurs, mimo coraz niższej temperatury na dworze, rozegrany był w równie gorącej, fantastycznej atmosferze. Zawodnicy zafundowali nam prawdziwy festiwal pięknych, dalekich skoków. Nie bez powodu Mika Kojonkoski powiedział kiedyś, że największym atutem Zakopanego jest publiczność kibicująca nie tylko swoim bohaterom. Na Wielkiej Krokwi każdy długi skok nagradzany jest głośnym trąbieniem i radością kibiców. Tak było i tym razem. Gdy na najwyższy stopień podium wchodził zwycięzca, Gregor Schlierenzauer, trąbki, podobnie jak dzień wcześniej, skutecznie zagłuszały spikerów.

Radość, szaleństwo, zabawa! A potem odliczanie – dwanaście miesięcy, do kolejnego konkursu, do kolejnego święta w Zakopanem.

Autor tekstu: Iga Walczak

 

Komentuj

Kategorie: AtrakcjeOkiem Internauty

Tagi: , , , , , ,