fot. TOPR

Rusinowa Polana – kto nie zna tego miejsca w Tatrach? Łatwo dostępna, jedna z najpiękniejszych Panoram na Tatry a zarazem nie tak ludnie odwiedzana jak inne miejsca po polskiej stronie Tatr. Rusinowa ma swoją historię, jeszcze z czasów gdy pasło się owce w Tatrach a później z bijatyk ze służbami MO i SB, kiedy usuwano Górali z Hal na siłę!

 

Mimo starań, właścicielka górskiego szałasu, z pochodzenia góralka, nie ustąpiła i gospodarzyła w szałasie do ostatnich swoich dni! U niej, w szałasie nocowała liczna grupa turystów oraz wiele gwiazd polskiej opozycji w czasie walki z komuną.  Ukrywała ona wielu działaczy Podziemia, i nawet przy spotkaniu z Kardynałem Wojtyłą, nie poznawszy go,  zagoniła go do noszenia wody w wiadrach z potoku gdy chciał się napić herbaty. W swoich działaniach wspierana była przez Ojca Leonarda,  który przez długie lata gospodarzył obok na Wiktorówkach u Matki Boskiej Jaworzyńskiej Królowej Tatr, Patronki Ludzi Gór.  To tam,  u swej Patronki Ratownicy TOPR biorą śluby, tam zanoszą dzieci do chrztu. Leonard to nie tylko ksiądz dominikanin ale również Ratownik TOPR .

Kto nie był na Rusinowej Polanie i na Wiktorówkach,  musi koniecznie to miejsce odwiedzić i zapoznać się z historia tego najwyżej  położonego sanktuarium w Polsce.

Po tym krótkim wprowadzeniu czas przejść do wspomnień z akcji ratunkowej na Rusinowej Polanie…

Pełniliśmy dyżur na śmigłowcu z moim przyjacielem pilotem Andrzejem B. Zima i jak co dzień większość lotów to loty po połamańców na nartach w różne rejony, gdzie działały wyciągi. Dostaliśmy wezwanie na Bukowinę Tatrzańską po dwóch poszkodowanych ze złamanymi nogami. Lądować mamy na Klinie, po wydaniu polecenia aby usunięto fiakrów z saniami.  Lecimy po nieszczęśników. A gdy byliśmy już blisko Bukowiny,  nagle dostajemy w powietrzu wiadomość ze natychmiast mamy lecieć na Rusinowa Polanę.  Ojciec Leonard potrzebuje naszej pomocy i będzie nas przyjmował na Polanie w pobliżu szałasu Babci. Nie podano nam szczegółów ale polecenie wykonujemy natychmiast i Andrzej na sterach ostro skręcił kierując MI 2 w stronę Rusinowej.

Widzimy Józia{Leonarda} jak stoi z uniesionymi rękoma w miejscu gdzie mamy przyziemić oraz grupę turystów na szlaku do Wiktorówek. Zabieramy się do lądowania, teren nie ubity, tumany śniegu dźwigają się do góry. Józiu naprowadza pilota do lądowania, a ja widzę jak dwójka turystów z aparatami fotograficznymi idzie w stronę Józia aby robić zdjęcia z bliska śmigłowcowi. To bardzo niebezpieczne zachowanie! Proszę Andrzeja o zawis stwierdzając, że ja go osobiście posadzę. Wyskakuję z pokładu i posyłam Józia aby przegonił turystów na bezpieczna odległość wyreczając go w przyziemieniu śmigłowca. Andrzej siada i trzyma maszynę na obrotach pozostając na miejscu lądowania. Nie widzę nikogo,  kto potrzebowałby pomocy, wiec pytam Józia: „co sie dzieje?”. W odpowiedzi słyszę:  „Zdzichu, tam w szałasie u Babci, jest chłopak.  Jeszcze żyje. Jest nieprzytomny!”.

Wchodzimy do środka. Faktycznie leży młody chłopak. Oddech ma szczątkowy, płytki,  a tętno ledwo wyczuwalne. Zabieramy go szybko do śmigłowca – tak na ręce, pod pachy i za nogi. Śnieg był swieży, kopny, wwiec niosąc go zapadamy się miejscami po uda. „Cholera! cieżki jest i jeszcze ten śnieg!!!” A turyści? STOJĄ!! Patrzą jak się męczymy i co? Robią zdjęcia! Żaden z tych,  co tak chyżo biegli do śmigłowca aby robić zdjęcia, nie ruszył dupska,  aby teraz nam pomóc przenieść chłopaka kilkadziesiąt metrów na poklad śmigłowca.

W końcu udaje się nam go wnieść na pokład. Pozostaję z nim a Andrzej startuje. Cały czas sprawdzam co sie dzieje z chłopakiem i za chwilę nie wyczuwam tętna na szyjnych tętnicach! Zabieram się więc do reanimacji!  Andrzej,  jak zobaczył co robię,  zwiększył obroty silników śmigłowca chyba do maxa, bo maszyna ruszyła pełnymi obrotami i jak sam stwierdził,  poszedł na pełnej mocy –  byle szybciej do szpitala. Za pomocą radia zawołał do szpitala, że natychmiast zespół reanimacyjny ma się zjawić na lądowisku. Minuty mijały jak godziny!  Walczę o chłopaka cały czas reanimując go! Nareszcie lądujemy!

Andrzej siada bardzo brawurowo. Na pokład wpadają lekarze – szybkie przeniesienie na nosze i przejmują reanimację chłopaka, który błyskawicznie trafia na oddział szpitalny.

Po ogarnięciu się, lecimy na Bukowinę po dwóch połamańców. Po powrocie idę sprawdzić co z chłopakiem. Jest stabilny. Żyje i właśnie robią mu płukanie żołądka.  Chłopak się truł! Jak się okazało – znowu z powodu dziewczyny! Ech wy Kobietki!  Co Wy z nami robicie?!

Po paru dniach spotykam Józia z Wiktorówek. Opowiada,  że w owym dniu już w nocy cały czas w głowie mu chodziła myśl,  że musi iść do szałasu. Wewnętrzny głos mu mówił, że musi tam iść! Właśnie dlatego rano,  kiedy tylko wstał i napalił w piecu,  udał się do szałasu dla świętego spokoju. I co znalazł? Jak myślicie? Czyja to robota? Jest i czuwa nad nami w górach Królowa!

Autor tekstu: Zdzichu

Wykorzystywanie tekstu i wspomnień bez pisemnej zgody autora zabronione!

Komentuj

Kategorie: Ratownictwo

Tagi: , , , , ,