fot. Mnich, Cubryna, Mięgusze

Nie pamiętam roku ani dnia…  Pamiętam, że smacznie sobie spałem w zimową noc, gdy około godziny pierwszej nagłe stukanie do okna – zrywam się z myślą „kogo znowu diabli niosą”. Zerkam, poznaję – Kaziu Byrcyn. „Kolego otwieraj! Mamy wyprawę!!!” Wszedł do środka. „Co jest?” – pytam.  „Zadnia Galeria Cubryńska”. „Ocho!”- myślę. Będzie nieciekawie – zima, duży opad śniegu, wieje. „Co się stało?”

 

Dwójka taterników wspinała się na Cubrynie. Po zdobyciu szczytu załamała się pogoda i jeden spadł ze szczytu na Zadnią Galerię. Partner bez światła udał się do Popradzkiego Stawu i powiadomił TOPR. Bierz psa, bo jak go zasypało, zawiało to go nie znajdziemy. Pies nam pomoże!”.  Szybkie pakowanie, parę słów pocieszenia żonie, że będzie dobrze i do samochodu. Skład jest mocny –  jedziemy do Morskiego Oka dwoma autami, bo jest nas 16-tu i pies. W Morskim Oku jeszcze gorzej! Sypie i wieje mocno i jest straszny mróz. Ruszamy jeden za drugim, mało rozmów a w myślach pytanie „co nas czeka? jak będzie? damy radę?”.

Podchodzimy skrajem żlebu do Doliny za Mnichem. Nagle jest! Zaczęło się! Lawina!!! Jedziemy na razie na stojąco – gdzie uciekać? W prawo a może w lewo, gdzie środek lawiniska? Oby nie dostać się do środka! Wlecze nas około 20 metrów i na szczęście staje – ulga! „Liczymy się, wszyscy są?  Nie zasypało którego?”.  Szybkie odliczanie i są wszyscy więc ruszamy dalej. Torujemy w śniegu po pas, częste zmiany i znowu w myślach pytanie „czy powinniśmy w tych warunkach iść dalej?  Przecież on spadł 300m ścianą! Na pewno nie żyje – czy warto ryzykować?”.

Ciężkie, mozolne podejście przez Plecy Mnichów. Progi skalne, lód i śnieg utrudniają drogę. Muszę podciągać psa na linie, gdyż nie jest w stanie ich pokonać o własnych siłach. Nagle – STOP! Ponowne polecenie prowadzącego – „liczymy się! wszyscy się widzicie?”. Odliczamy. Brakuje jednego! Niemożliwe! Kogo?  Liczymy jeszcze raz. Tak, brakuje Bogusia!  Co się stało? Gdzie? Kiedy? Wołamy, nasłuchujemy… Nic! Trzeba go szukać – kto idzie? Nagle wśród nawałnicy widzimy na dole światełko jego czołówki – jest! Porusza się czyli żyje! Jeden z nas decyduje się schodzić, zabiera radio. Po godzinie przychodzi wiadomość, że Boguś nie da rady iść dalej, bo jest wycieńczony i czasem majaczy. Mieciu z Bogusiem wracają,  mają mieć ciągłą łączność. Obawiamy się czy dadzą rade razem wrócić.

Wspinamy się dalej, coraz ciężej to idzie.  Zmęczeni przystajemy coraz częściej, sapiemy każdy ciężko oddycha i te warunki – świata nie widać.  Wszyscy już  fot. Zdzisław Hołymają dość. Byrcyn, jakby czuł powagę sytuacji mówi – „chodźmy chłopcy, damy radę! Jeszcze trochę a będziemy na galerii”. Myślę sobie – „dobrze Kaziu, damy radę! czemu nie?”.  Pies się trzyma, mimo że cały zalodzony ale idzie, trzyma się w szyku i nie wyrywa jak zwykle do przodu, więc dalej – jeszcze parę progów, trawersik i jest! Wchodzimy na galerię, ponowne odliczenie, komenda – wszyscy w jedno miejsce aby się widzieć, plecaki, tobogan, sprzęt na jedną kupę. Odpoczynek jednak nie trwał długo. Byrcyn wyciąga rakietnicę i mówi: „zaświecimy, zobaczymy co tu mamy”. Pies nagle staje się bardzo pobudzony, wyraźnie daje mi znać, że coś czuje. Staje na tylne łapy, skomle i zaczyna szczekać – tak, on już go zlokalizował z wiatrem. Odpinam smycz – „szukaj!”.

Rusza pędem brnąc w śniegu. Wołam do Kazia, pies już go ma! Byrcyn strzela rakietę, pole śnieżne – wypatrujemy. Nagle w tym dziewiczym polu śnieżnym widzimy wystającą rękę spod śniegu – macha, sama ręka, niesamowite! Jest! Żyje! Jednak przeżył ten upadek! Mimo wszystko warto było iść!  W górę idzie kolejna rakieta. Widzę, że pies już jest przy nim i kopie. Biegniemy wszyscy do niego jak kto może szybko. Dobiegam. Krew na śniegu, dużo krwi!

Pies wykopał zakrwawiony śnieg. Odciągam psa, kopiemy i widzimy – złamana miednica. Cholera, otwarte złamanie! Szczęście wielkie, bo gość się nie wykrwawił. Jest mało kontaktowy, majaczy, obudziła go rakietnica. Opatrujemy ranę, stan określamy jako poważny – nie możemy czekać,  musimy transportować. Byle szybko a uda się go uratować! Paru chłopców idzie poręczować, zakładać stanowiska do opuszczania toboganu z taternikiem. Nikt już nie myśli o zmęczeniu,wszyscy są bardzo aktywni. Byle szybciej – rozpoczęła się walka z czasem…

Zaczyna pomału świtać gdy opuszczamy rannego progami na dół. Jeszcze tylko przeciągnąć go przez Dolinę za Mnichem w kopnym śniegu i będzie dobrze. Wszystko idzie płynnie. Ciągniemy, dochodzimy do dolinki – chwila postoju. Sprawdzamy stan rannego – śpi i ciężko go obudzić. Stęka czyli wszystko dobrze – nadal żyje. Jesteśmy pod Kieszonkowymi Turniami. Kolega idzie się rozejrzeć, sprawdzić którym żlebem będzie najlepiej transportować na taflę Morskiego Oka. Po drodze spotykamy Miecia z Bogusiem. Jest nadal bardzo slaby, wycieńczony – pozostają z tyłu i pomalutku idą za nami.

Rozglądamy się którędy iść i nagle trzask! Patrzymy w górę – szlag by trafił! Urywa się cale zbocze. LAWINA!!! Duża, szeroka – zabiera nas wszystkich! Przy rannym w toboganie czterech kolegów! Jedziemy! Widzę psa jak nim fot. Kazimierz Gąsienica-Byrcynmiota, a po chwili znika z pola widzenia. Myślę –  po psie zasypało go! Byrcyn mnie mija, lawina przewraca go przez blog skalny! Znika. Już wiem gdzie go szukać jak sam ocaleję! Słyszę krzyki chłopców przy rannym! Jeden z młodziutkich woła: „mamo! mamo!”.  Wszystko trwa sekundy. Tobogan z impetem bije w blok skalny. Słyszę i widzę jak się lamie. Boże, ranny jest w nim!

Śnieg napiera mi na plecy i nie ma mowy o zdjęciu plecaka. Na szczęście urywają się ramiączka i jestem wolny. Staram się utrzymać na powierzchni. Walczymy! W myślach „oby zwolniła, oby stanęła!„. Widzę próg dolinki przed sobą. Boże, jak nie stanie i miniemy próg to będziemy wszyscy pod lodem Morskiego Oka! Byle nie to! Po chwili wszystko staje – zatrzymała się! Dzięki Ci Boże! Żyję, a co z resztą? Patrzę – Byrcyn jest! Minę ma nietęgą. Wszyscy są ale nie ma psa! Wołam i rozglądam się po lawinie – widzę jak  wyciąga się spod śniegu i biegnie w moim kierunku. Wołam do niego –  mija mnie tak jak by mnie nie widział! Biegnie do miejsca skąd porwała go lawina. Staje, patrzy i po chwili dopiero przybiega do mnie.

Co z rannym?! Gdzie jest? Na szczęście,  bo kolega sam nie wie czy świadomie czy nie, ale do końca trzymał za pętle od toboganu. Gdy wszystko stanęło wystawał spod śniegu niewielki jej kawałek. Kopiemy rękoma aby go wydostać. Jest cały! Strzępy drewniane z toboganu teraz trzymały się na rannym – wyglądał jak choinka świąteczna. Sprawdzamy co z nim – nadal śpi! Nawet nie wiedział, że był zasypany przez lawinę!  No chłopisko miał szczęście! Być na dwa razy zabijanym to chyba średnia przyjemność!

Lawina pozbawiła nas wszystkiego – plecaków, czapek, czołówek, części ubrania, sprzętu. Wszystko gdzieś tu jest pod śniegiem – będziemy szukać wiosna, może coś ocaleje. Przenosimy rannego na bok wiedząc że może jeszcze być wtórna lawina. Wołamy przez radio do Morskiego aby ktoś przyniósł nowy tobogan dla rannego. Kierowniczka schroniska zleca to taternikom siedzącym na jadalni. Jest około godz.11.oo  kiedy docieramy do schroniska. Karetka zabiera rannego do szpitala, a my?  No cóż, jakiś posiłek, pies leży jak zabity. Odmarzł i oddychając powodował małe fale na wodzie. Biedak zrobił swoje a teraz nawet leżenie w kałuży wody mu nie przeszkadza!

————

Jako że nie lubię pisać o sobie, ale widzę ze dużo chodzicie po górach i będziecie chodzić coraz to wyżej i dalej – po długim zastanowieniu postanowiłem Wam kochani Czytelnicy opisać jedną z wielu wypraw ratowniczych,  w których brałem udział. Pamiętajcie więc zawsze, że w górach nie dbajcie tylko o siebie, ale też o partnera i pod uwagą miejcie to,  że przez lekkomyślność można narazić ratowników na niebezpieczeństwo kiedy ruszą na pomoc!

Pozdrawiam Was wszystkich mając nadzieję ze Was nie zanudziłem!

Autor tekstu: Zdzichu

Wykorzystywanie tekstu i wspomnień bez pisemnej zgody autora zabronione!

Komentuj

Kategorie: Ratownictwo

Tagi: , , , , ,