Gieownt 2

Pierwszy raz w  górach miałam okazję być w tym roku, dokładnie tydzień temu. To miały być nasze pierwsze, wspólne wakacje z moim chłopakiem. 

Na początku byłam rozczarowana tym, że nie mogłam podziwiać widoków, kiedy jechaliśmy do Zakopanego, ponieważ chłopak uparł się, że to ja mam całą drogę prowadzić samochód.

Kiedy dojechaliśmy do Kościeliska, pierwsze za czym się rozglądałam to był Giewont. W planach mieliśmy żeby wynająć nocleg właśnie w Kościelisku, ale że nie było tutaj pociągających nas widoków, jechaliśmy dalej. Nie miałam pojęcia, z której strony powinnam wyglądać szczytu, więc wszędzie go wypatrywałam. Kiedy udało mi się go wreszcie ujrzeć, zaparło mi dech. Mimo że Giewont nie jest najwyższym szczytem, to wydawało mi się, że to on króluje nad całymi Tatrami. Nie wiem co ma na to wpływ – to że ma bardzo charakterystyczny wygląd, czy Krzyż na samym wierzchołku. Automatycznie przypomniałam sobie opowiadania i legendy, które bardzo utkwiły mi w pamięci, a które czytałam będąc jeszcze w szkole podstawowej, a mianowicie że Giewont jest uśpionym rycerzem, a w głębi góry znajduje się jeszcze setka rycerzy, których pilnuje anioł i którzy na krótką chwilę budzą się co sto lat, a sen ich minie dopiero wtedy kiedy Polska będzie ich naprawdę potrzebować.

Ze względu na te wszystkie wspomnienia bardzo zależało mi na tym, żeby zarezerwować nocleg z widokiem na Giewont. Udało się.

Pierwsze dwa dni, spędziliśmy na poznawaniu okolicznych ulic i kupowaniu pamiątek. Spowodowała to  niezbyt ładna pogoda oraz wiążąca się z tym ograniczona widoczność.  Podobało mi się to, że dużo mieszkańców Zakopanego nadal mówi gwarą, mimo ciągłej, ogromnej migracji mieszkańców.

Trzeciego dnia, postanowiliśmy wybrać się na Kasprowy Wierch. Po drodze napawaliśmy się pięknem i czystością okolicznych źródeł i potoków, oraz chłodu jaki od nich bił. Na miejscu rozczarowała nas kolejka ludzi oczekujących na wyjazd kolejką na Kasprowy. Nie zdawałam sobie sprawy, że będzie aż tylu chętnych i ile czasu trzeba będzie czekać na to żeby bilet dostać. Dzień wcześniej chłopak namawiał mnie żebyśmy spróbowali wyjść na Giewont. Nie chciałam się na to zgodzić, ponieważ obawiałam się, że moja  niezbyt dobra kondycja i problemy z kręgosłupem zawiodą mnie gdzieś w trakcie drogi, a także, że nie byliśmy zbyt dobrze poinformowani gdzie tak naprawdę trzeba zacząć iść na szczyt i którędy. Również obawiałam się…niedźwiedzi.

Przed naszym wyjazdem siostra postraszyła mnie, że w tym roku zdarzyło się już kilka wypadków, kiedy to niedźwiedź zaatakował turystów na szlaku. Dlatego tak dużą nadzieję pokładam właśnie w kolejkę linową. Mimo wszystko nie mieliśmy ochoty stać w trzygodzinnej kolejce, więc postanowiliśmy trochę pospacerować po okolicy. Kamienista i wyboista droga prowadziła nas ciągle w górę, w końcu mój Krzyś pyta – „ A gdzie my tak właściwie idziemy?” . Ciekawe ale w tym samym momencie do głowy przyszło mi to samo pytanie, roześmiałam się tylko i powiedziałam, że jak na razie to przed siebie. Za kilka minut pojawiła się budka, kupiliśmy bilety, a kobieta zapytała się nas gdzie idziemy, na Kasprowy czy na Giewont? Z szeroko otwartymi oczyma popatrzyliśmy z chłopakiem na siebie ze zdziwieniem. Bez chwili namysłu obraliśmy trasę na lewo.  Popatrzyłam na tabliczkę, hmm, 3 godziny, trochę daleko, wystraszyłam się, ale od samego początku narzuciliśmy szybkie tempo.

Byliśmy bardzo zadowoleni, że na Halę Kondratową doszliśmy w tak krótkim czasie, ale już padaliśmy z sił, ponieważ nie przyszło nam do głowy, że będziemy zapuszczać się tak daleko w góry pieszo i..nie wzięliśmy ze sobą nic do picia. To roztargnienie przynajmniej nas szybko poganiało w górę, w nadziei, że przecież nikt nie zostawił by turystów, nawet tak bezmyślnych jak my, bez możliwości ugaszenia pragnienia.

Po pięciominutowym spoczynku, zaczęliśmy się dalej piąć, tym razem bardziej po górę. Jak wreszcie udało mi się zobaczyć szczyt, stanęłam przerażona. Przeraził mnie fakt, długiej i krętej drogi, którą zobaczyłam przed nami. Pomyślałam w duchu, że nie dam rady, ale na razie nie podzieliłam się z obawami z moim chłopakiem. Przez jakąś godzinę mój Krzyś ciągle mnie poganiał, zagadywał i był w dobrym nastroju. Później jak droga była dla nas coraz bardziej monotoniczna i nużąca to i on stracił werwę i poczucie humoru. Nie miałam nawet siły patrzeć na jakiekolwiek widoki. Byłam wniebowzięta, jak zobaczyłam, że od wierzchołka (na którym to myślałam, że znajduje się Krzyż) dzieli nas  mała odległość. Ale potem – moje rozczarowanie nie miało granic, gdy zobaczyłam tabliczkę 40 minut do Giewontu i majaczący w oddali wierzchołek z Krzyżem. Usiadłam i kategorycznie powiedziałam, że dalej nie idę, w tym miejscu zakończy się moja wędrówka.

Mój chłopak przezornie nic nie mówił, tylko czekał, aż moje zdenerwowanie i zniechęcenie przejdzie. Siły przyszły mi z chwilą kiedy zobaczyłam starszych ludzi, z uśmiechem brnących dalej pod górę. Poczułam wstyd z powodu mojej słabości  i zaczęłam kontynuować naszą wędrówkę, gdybym zdawała sobie wtedy sprawę, z tego co mnie czeka przed samym szczytem… nie wiem czy bym się zdecydowała iść dalej.  Teraz wspominam tamten etap z uśmiechem na twarzy, ale wtedy, kiedy zobaczyłam co nas czeka, nie sądziłam, że wyjdę cało z tej wspinaczki. Po prostu się bałam, że pośliźnie mi się noga, zachwieje się i będzie po mnie. Obawiałam się też o mojego chłopaka, który mnie cały czas asekurował i tym samym narażał siebie. Teraz myślę, że nad tymi wszystkimi ludźmi, którzy chcą dotknąć Krzyża i zdobyć szczyt Ktoś czuwa, że mimo wieku i innych różnych przeciwności udaje im się pokonać tak trudną drogę.

Część powrotna wiadomo upłynęła nam o wiele szybciej, ale to nie znaczy że bezpieczniej. Czasami bywa tak, że mimo wszystko wyjście jest bardziej proste niż zejście. Ale jednak, rozpierała nas duma, że nam się udało. Nie planowaliśmy niczego, a tu udało nam się zdobyć szczyt. Widoki – każdy kto był, wie że są one niezapomniane.

Na drugi dzień byłam mile zaskoczona, że pomimo tylu pokonanych kilometrów nie czuje żeby bolały mnie mięśnie ( w przeciwieństwie do mojego chłopaka), ale za to wskoczył mi dotkliwy ból, w prawą nogę, który utrzymywał się cały dzień, co uniemożliwiło nam zwiedzanie innych miejsc.

Dlatego postanowiliśmy się wybrać na Szymoszkową, oczywiście kolejką. Podczas mojego pierwszego wyjazdu, trzy dni wcześniej na Wielką Krokiew, na początku się bałam, ale drugi raz już nie czułam żadnych obaw i skupiłam się na podziwianiu widoków. Bardzo podoba mi się styl budownictwa górach, jest on bardzo indywidualny, a ludzie, którzy na nizinach budują drewniane domki, i którzy mówią sąsiadom, że są one w stylu góralskim chyba w górach tak naprawdę nigdy nie byli, skoro nie mają pojęcia jak one w rzeczywistości wyglądają. Oznajmiłam mojemu Krzysiowi, że jeśli kiedyś wygramy w lotto, zamawiamy cieślę z gór, żeby wybudował nam taki domek. Godzinę podziwialiśmy widoki  i to było mało.

Tego właśnie dnia, 30 sierpnia nie zapomnę do końca życia. W drodze powrotnej, po trzech latach bycia razem w związku, mój Krzyś mi się oświadczył. Byłam zaskoczona, głównie to faktem, że w końcu się na to zdobył i że zrobił to w miejscu, które będziemy mogli mile wspominać, i które z pewnością nie umknie nam  tak szybko  z pamięci.

Dzień naszego wyjazdu nas rozczarował. Dzień był pochmurny, dlatego cały Giewont zasłoniła mgła. Zakopane bez Śpiącego Rycerza wydaje się nie tym samym miejscem. Przy każdym spojrzeniu w tamtą stronę, czułam że brakuje tu czegoś znaczącego. Tak jakby całe wzniesienie trzymało pieczę nad Tatrami i jego mieszkańcami.

Nie wiem czy mieszkańcom Zakopanego, Kościeliska i innych miejscowości widok gór z czasem powszednieje, czy stają się jedynie krajobrazem, który już się znudził. Dla mnie góry są bardzo tajemnicze, potężne i zarazem pociągające. Jak to powiedział, teraz mój narzeczony – „Jesteśmy bliżej nieba”. Niektórzy jadą w góry po to żeby odpocząć. Dla mnie osobiście nie ma sensu w wyjeżdżaniu w góry, tylko po to żeby na nie popatrzeć. Mimo uciążliwej drogi jaką pokonaliśmy na Giewont jestem zdecydowana na to, żeby następnym razem pokonać kolejne szczyty. Na góry nie wystarczy tylko patrzeć, trzeba także z nimi obcować, poczuć je, tą dominację, siłę i potęgę.

Miło wspominam także nasze wieczory spędzane w karczmie przy góralskiej muzyce. Trochę żałowałam, że nie mieszkamy gdzieś w Nowym Targu albo Myślenicach – wtedy może było by jeszcze możliwe, żeby kapela góralska zagrała na naszym przyjęciu weselnym.

Żałuję, że z powodu skutków, które wywołała wspinaczka na Giewont, nie zdecydowaliśmy się pójść do Doliny Pięciu Stawów, a o której słyszałam, że jest bardzo pięknym miejscem, które warto przy okazji pobytu w Tatrach zobaczyć. Jednak nic straconego. W przyszłym roku również są wakacje. Już teraz zdecydowaliśmy, że do Zakopanego najlepiej jest się wybrać poza sezonem. Kiedy przyjechaliśmy wyraźnie dało się odczuć, że jeszcze są wakacje, ale za to pierwszego września, nie było żadnych kolejek. Podobała nam się ta cisza, spokój i małe natężenie ruchu.

Mój Krzyś z reguły jest oszczędną osobą, dlatego podczas trzech lat naszego związku nie udało nam się nigdzie wyjechać. W tym roku, mimo zapewnień również nie spodziewałam się, że jednak gdzieś pojedziemy. A teraz, mój obecny narzeczony od razu po powrocie pyta się, kiedy ponownie jedziemy w góry! Dlatego następny pobyt zaplanowaliśmy na listopad. Mamy nadzieję, że zobaczymy już śnieg. Mamy wielką ochotę spędzić również sylwestra w Zakopanem… zobaczymy jak to będzie.

Podsumowując, góry urzekły nas swoim nie zmąconym biegiem czasu pięknem. Jestem zadowolona, że na tym terenie jest Tatrzański Park Narodowy, dzięki czemu nie można niszczyć krajobrazu. To była nasza pierwsza wizyta w Zakopanem, ale zapewniam, że nie ostatnia!

Autor tekstu: Magda B.

Komentuj

Kategorie: Okiem Internauty

Tagi: , , , , ,