fot. Adam Śmiałkowski

Na Lodowy długie chwile wpatrywałem się już latem, siedząc na balkonie u cioci mej dziewczyny w Bukowinie. W mojej subiektywnej ocenie najpiękniejszy szczyt w całych Tatrach, masywny, rozłożysty… no i oczywiście jeden z najwyższych. W kategoriach zimy raczej o nim nie myślałem. Najpierw lato, żeby się z nim zaprzyjaźnić… po prostu nie czułem się na siłach. Pojawiła się jednak okazja żeby jechać gdzieś zimą w doświadczonym towarzystwie. Bez wahania padło na Lodowy.

Czekałem więc na zimę. Grudzień… styczeń… luty.. było coraz gorzej. Nastał marzec, z zawalonym po brzegi kalendarzem. Myślałem, że już tej zimy nic z tego nie będzie. Pojawiło się niespodziewanie parę dni wolnego. Szybki telefon. Jedziemy 10-tego!

Z Tomkiem umawiamy się o 3:30. O 5.00 zgarniamy w Nowym Targu Adama. O 6 już w Smokovcu. Pogoda idealna. Martwią mnie tylko dwie godziny snu i 25 ciężko przepracowanych godzin przez ostatnie dwa dni. Bierzemy plecaki i idziemy… a w zasadzie prawie biegniemy. Po 25min znajdujemy się już w Hrebienoku. Tu paręnaście minut przerwy i zasuwamy dalej. Adam prowadzi nas starą ścieżką do Chaty Zamkowskiego, a dalej już szlakiem kierujemy się do Terinki. Dookoła nas olbrzymie ściany: z lewej Kościołów i Pośredniej Grani, z prawej masywu Łomnicy. Korzystając z towarzystwa Adama, który jest taternikiem z wieloletnim stażem, podpytujemy o ciekawsze „ścieżki” na Łomnicę czy też Pośrednią Grań.

fot. Janusz Dębiński - w drodze na Lodowy Szczyt
 

Przed godziną 9.00 meldujemy się w Terince. Jest pięknie. Szybki posiłek, zdjęcia okolicy i ruszamy dalej.

 

fot. Janusz Dębiński - na Lodowy Szczyt
 

Śnieg nieprzedeptany, zapadamy się po kolana. Jest tak ciepło, że zostaję w samej koszulce i próbuję gonić swoich towarzyszy. Idę i klnę w myślach

jak ja nienawidzę połączenia upału, kopnego śniegu i płaskiego terenu qqqqqqwa!!

Dochodzimy do końca doliny, skręcamy i zaczynamy mozolne podejście na Ramię Lodowego. Droga nużąca, średnio stromym stokiem podciętym pionowymi ścianami. Słońce skutecznie wysysa ze mnie resztki sił. Krok po kroku nabieram wysokości, co chwilę gubiąc z pola widzenia chłopaków. Nie wiem ile czasu mija, ale w końcu wdrapuję się na przełęcz.

– ejj, no ale aż tak długo na mnie nie czekacie…chyba? 😀

Parę zdjęć i czas się przebrać. Wieje niemiłosiernie. Założenie polara w tym wietrze zajmuje mi chyba dwie minuty. Próbuję założyć uprząż, ale kuźwa najpierw muszę ściągnąć raki, no ale wcześniej rękawiczki, mrozi palce. Czemu tego nie zrobiliśmy niżej?! Po dłuższych walkach ze szpejem wiążemy się sznurem i zaczynamy podejście granią.

fot. Janusz Dębiński - Tatry Wysokie
 

Grań dość wąska, wiatr nie ułatwia drogi. Lodowy już na wyciągnięcie ręki, dochodzimy do słynnego Lodowego Konia. Patrzymy na siebie z Tomkiem – „ło k****, będzie zabawa„. Adam przechodzi pierwszy, zakładając po drodze przeloty, sprawnie przechodzi przez Konia i po zejściu z niego zakłada stanowisko. Drugi idzie Tomek, ja za nim. Początek prosty, przechodzę po dużych głazach ściągając przeloty. Dochodzę do miejsca, gdzie grań ma z kilkanaście centymetrów szerokości. Adrenalina skacze do poziomu, którego chyba jeszcze w górach nie miałem.

Z obu stron kilkaset metrów powietrza pod nogami. Siadam okrakiem na grani i centymetr po centymetrze przesuwam się do przodu. Przede mną duży głaz… trzeba zejść z „konia”  na lewą stronę, na niewielką półeczkę pod którą przepaść. Fakt, że jestem uwiązany na sznurku nie dodaje mi nawet grama poczucia bezpieczeństwa. Skała zasypana luźnym śniegiem, chwytam się jej, ale śnieg i rękawiczki nie pozwalają na pewny chwyt. Opieram się na niej i niezgrabnym ruchem schodzę z konia, patrzę na stopy, raki czubkami opierają się o półeczkę. Ze 3 metry trawersu po tej półce… wejście na kolejny głaz i zeskok 2 metry niżej, już na śnieg. UUUUUUFFFFFFFFFFFFFF!!!!!!!!!!!!

Wpinamy się w stanowisko. Adam prowadzi dalej. Po skałach ukosem w prawo sprawnie wspina się do góry. Lina się kończy, idziemy za nim pokonując kolejne, niewielkie progi. Ciężko będzie się tędy schodziło. Teren się robi płaski i szeroką już granią wychodzimy na wierzchołek Lodowego. Jest 14.00. Na wierzchołku zimno. Zmieniam rękawice na cieplejsze i suche. Parę zdjęć i po 5 min schodzimy. Tomek pierwszy, ja drugi. Adam zostaje na górze i asekuruje.

Progi to przy zejściu niemiła zabawa. Nogami wykopuję stopnie i tak krok po kroku wracamy na „konia”. Tu już trochę pewniej, aż do momentu kiedy trzeba było znów na nim siąść. I głupie posunięcie z mojej strony… siadłem na niego tyłem 😀 Za późno… ale po przesunięciu się paru metrów udało się w końcu zmienić „kierunek jazdy” na właściwy. Ostatni przechodzi Adam, który nas asekurował. Za koniem zrzucamy z siebie całą asekurację i dalej już sprawnie granią do Ramienia Lodowego.  Tą samą drogą wracamy przez Terinkę aż do Smokovca.

fot. Janusz Dębiński - Tatry Wysokie
 

Śmiało mogę powiedzieć, że trasa dla dla turysty wymaga w tych warunkach bardzo mocnych nerwów. Prezent jaki sobie sprawiliśmy na tzw „dzień mężczyzny” trafiony w 100%, a kilkanaście godzin po wyrypie dalej czuję szum w głowie wywołany adrenaliną. W mijającym powoli śnieżnym sezonie taka oto zimowa wisienka na Lodowym torcie! :)

Autor tekstu: Janusz Dębiński z Tatry zimą

Zdjęcia: Janusz Dębiński i Adam Śmiałkowski

fot. A. Śmiałkowskifot. Adam Śmiałkowski - Lodowy
 

fot. Adam Śmiałkowski - na Lodowy Szczyt

Komentuj

Kategorie: Okiem InternautySzlaki tatrzańskie

Tagi: , , ,