fot. Janusz Dębiński - Giewont

Po ostatnim wyjeździe dni zaczęły coraz szybciej upływać. Już prawie zapomniałem o tej niezdobytej w głupi sposób Świnicy. W portfelu bilet w jedną stronę – Zakopane, na wieczór 14 grudnia. Za 3 dni wyjazd. Cieszę się jak dziecko. Do momentu, w którym nie łapie mnie jakaś grypa żołądkowa lub inne zatrucie. L4, lekarz, ścisła dieta, dużo kolorowych tabletek. Byle się podnieść do soboty wieczór.

 

Sobota rano – czuję się dalej niepewnie, no ale nie mogę tak siedzieć w domu. Wieczorem jestem na dworcu PKS. Jadę tym razem z kumplem. Partner od liny w skałach, latem porządny turysta tatrzański. Zimą jego pierwszy raz w Tatrach. Żeby nie było zbyt kolorowo bus spóźnia się ponad godzinę. Około północy jesteśmy na miejscu.

Szybko do Kuźnic, tam przygotowujemy się do dalszej drogi. Jest mgliście i ciepło. Ku naszemu zdziwieniu spotykamy skiturowców zjeżdżających z Kasprowego. Krótka wymiana zdań. My pytamy o warunki wyżej, oni o naszą drogę. Ponoć czołówki powyżej lasu są zbędne. Jak się za chwilę okaże to powyżej Boczania już będzie można je wyłączyć. Dochodzimy do wspomnianego Boczania, Tomek woła:

– Chodź, chodź to zobacz!

– Ładnie tu zimową nocą, co?

– Nooo

-To już rozumiesz moją fascynację zimowymi nocami w Tatrach

Szybka, fota ( nieostra zupełnie, ale wrzucę poglądowo:) )

fot. Janusz Dębiński
 

Księżyc całą drogę wychyla się spomiędzy drzew. Wychodzimy na Skupniowy Upłaz i tu robimy przerwę. Księżyc świeci tak mocno, że oczy bolą gdy się na niego spojrzy. Gra refleksów świetlnych na śniegu – baaajka!:)

fot. Janusz Dębiński - Tatry nocąfot. Janusz Dębiński - księżyc nad Tatrami
fot. Janusz Dębiński - Tatry nocą

W dobrych humorach idziemy dalej żartując z błahych spraw, które zostawiliśmy na dole. Jest tak bajecznie, że co chwilę robimy przerwy i dopiero grubo po 3-ciej zbliżamy się do Murowańca. Jesteśmy lekko zdziwieni rozświetlonym o tej godzinie schroniskiem. W jadalni widać ludność. Wchodzimy do środka i pierwsze co uderza to zapach wódki. Myślę sobie – oho! Jest fajnie! Na każdym stole po kilkanaście piersiówek. Gra muzyka. Niektórzy na takim rauszu, że nawet nie zauważają naszego przybycia. Parę osób giba się na „parkiecie”. 3:30 nad ranem, my zdziwieni ich widokiem, oni naszym. Jest parno, gorąco, wracamy na schody. Posiłek, różnego rodzaju płyny. Parę dialogów z imprezowiczami. Nawet znalazła się dziewczyna, co przejechała specjalnie 400km żeby wieczorem napić się wódki w Murowańcu i rano wrócić do domu. Pełen szacun!:)

Poganiam Tomka, już po 4-tej. Wychodzimy zastanawiając się gdzie iść. Zadni Granat, Kościelec czy Świnica. Na Zadni może być nieprzetarta droga. Na Kościelec za szybko dojdziemy. Świnica. Dochodzimy do Kotła Gąsienicowego. Zakładamy raki i pod górę. Na grani wieje niemiłosiernie. Nie zatrzymując się idziemy na wschód robiąc krótką przerwę na Skrajnej Turni. Ledwo zaczyna świtać a spotykamy się już z pierwszymi tego dnia kozicami. Gdzie one śpią? Jak one tak zwinnie po tym lodzie…? Otacza nas morze chmur. Podhale i Spisz zatopione.


fot. Janusz Dębiński - Świt
 

 

Na Świnickiej Przełęczy śniadanie i idziemy dalej. Nie było mnie tu półtora tygodnia, w międzyczasie padał śnieg, a jest go dwa razy mniej niż na początku miesiąca. Ścieżka wydeptana, początkowo z grubsza pokrywa się z letnim szlakiem. Chwilę po tym jak ruszyliśmy z przełęczy zaczęło wschodzić słońce.

fot. Janusz Dębiński - Giewont  o wschodzie słońca

Zakosami, to po skałach, to po śniegu, to po trawkach idziemy coraz wyżej i tam gdzie letni szlak przewija się przez żebro i trawersuje masyw od południowej strony, nasza droga skręca w lewo i dalej już dość stromym żlebem, po kiepskich śniegach idziemy mozolnie przed siebie.


fot. J. Dębiński
 

Żleb wyprowadza nas na spore żebro skalne. Tu ukazuje się naszym oczom główny wierzchołek Świnicy, a na nim kilka kamziczków spoglądających na nas spokojnie. Żebrem tym już po skałach wychodzimy na wierzchołek taternicki. W końcu! Czekam tylko na pytanie od Tomka, które w końcu pada:

– Idziemy na główny i dalej na Zawrat?

– Oszalałeś?! Przy tych śniegach bez sznura nigdzie nie idę. Grań jest prawie bez śniegu!

– No chodź!

– Nie ma mowy. Chcesz to idź.

Focimy tyle, na ile ręce pozwalają, bo wiatr szybko mrozi palce i robimy odwrót.

fot. Janusz Dębiński - 2014fot. Janusz Dębiński - Tatry 2014

fot. Janusz Dębiński - Giewont zimą
 

Zejście żlebem dość kłopotliwe. Śniegu mało, czekan daje słabe oparcie ale ostrożnie krok po kroku coraz niżej.

– Jeden fałszywy ruch i byłby ładny lot po tych wystających kamlotach, co? -pytam

– No raczej. Stromo tu?

– Zaraz sprawdzę…. Klinometr pokazuje 47 stopni.

Niedługo odbijamy w prawo, teren coraz mniej stromy. Dalej spokojnie już na Beskid. Na Beskidzie chmury zaczynają wariować, wieje coraz mocniej.

fot. Janusz Dębiński - Chmury nad Tatramifot. Janusz Dębiński - Chmury

Pogoda zaczyna się psuć. Ściągamy raki i na tyłkach zjeżdżamy do Kotła Gąsienicowego, po drodze przecinając „szlak” z Kasprowego budzimy zdziwienie u niedzielnych turystów idących na Halę. Dalsza podróż w chmurach.

fot. Janusz Dębiński - Tatry zimą

Dochodzimy zmęczeni do Murowańca. Jadalnia pęka w szwach, gdzieniegdzie można zauważyć zmęczone twarze osób, które spotkaliśmy tu w nocy. Dalsza droga przebiega już szybko z myślą o gorącej kąpieli, zimnym piwie i swoim łóżku. I tak po 15 godzinach lądujemy z powrotem w busie.

Tekst nawiązuje do pierwszej części historii: Początek zimy… w stronę Świnicy

Autor tekstu: Janusz Dębiński

Komentuj

Kategorie: Okiem InternautySzlaki tatrzańskie

Tagi: , , , ,