fot. Joanna Majewska

Tato, tato, a Franek mi zasłania kozice! Specjalnie! Powiedz mu coś!” – krzyczał 5-letni Antek gramoląc się ojcu na kolana i usilnie próbując wyjrzeć przez szybę. „Franciszek, nie dokuczaj bratu. Przecież jesteś starszy on niego, powinieneś być trochę mądrzejszy. Przepuść go i daj mu zobaczyć te kozice…” – Marcin upomniał 7-letniego syna, który z zapamiętaniem odmalowywał ręką esy-floresy na zaparowanej szybie.

Mężczyzna z uśmiechem pokręcił głową i spojrzał na żonę, która siedziała kilka metrów dalej, trzymając na rękach śpiącą Amelkę. Kolejka na Kasprowy sunęła cicho i spokojnie, a roześmiani chłopcy próbowali bez przytrzymywania się poręczy zachować równowagę, gdy wagonik dojeżdżał do kolejnego słupa. Marcin westchnął… Od początku wiedział, że wyjazd z trójką dzieci w Tatry nie będzie łatwy, ale to, co się działo przez ostatnie trzy dni, przerosło chyba jego oczekiwania. O spokojnym podziwianiu zapierających dech w piersiach widoków czy dłuższych wyprawach nie było mowy. Nieustannie musieli mieć na oku swoich dwóch urwisów. Jak dobrze, że Amelka ma niespełna rok i jeszcze nie potrafi tak sprawnie biegać po zaśnieżonych chodnikach i szlakach. Co prawda nie wiedział, czy to wada, czy zaleta, bo przecież ktoś musiał ją cały czas nosić.

Podziwiał swoją żonę, która z anielską cierpliwością znosiła wszystkie wybryki Antka i Franka, biegała za nimi, pilnowała, by nie zmarzli ani się nie przegrzali, by nie zdejmowali czapek i odpowiadała na wszystkie pytania. „Mamo, a gdzie mieszka niedźwiedź? A jak wysoko skaczą kozice? A czemu nie wejdziemy na Giewont? A dlaczego Franek dostał oscypka z dżemem?”. Skąd oni mieli tyle siły? Czasami, jako rodzic, gdy brnął po kolana w śniegu i wbiegał za chłopcami na kolejne wzniesienia, taszcząc na plecach Amelkę, Marcin czuł się jak na obozie przetrwania. Rzadko zdarzały się tak spokojne chwile, jak ta. Zamknął oczy, oparł głowę o zimną szybę i wyciągnął wygodnie nogi…

I pomyśleć, że właśnie był w pracy. Jako jeden z lepszych stołecznych fotografów dostał zlecenie od redakcji pewnego czasopisma na zimową sesję w Tatrach. Jego zdjęcia miały być główną atrakcją lutowego numeru. Nie mógł sobie wymarzyć lepszego zadania! W takich momentach – kochał swoją pracę! Śnieg, słońce, góry… Czy można chcieć czegoś więcej?

Względny spokój i cisza nie trwały jednak długo. Z rozmyślań o zdjęciach, ujęciach i kadrach wyrwały go głosy. Chłopcy najpierw tajemniczo szeptali sobie coś na ucho, a po chwili – zaczęli krzyczeć. W ciągu kilku sekund ich przepychanki wprowadziły taki harmider, że Marcin nie słyszał własnych myśli. Czekał, aż żona zwróci im uwagę, ona jednak udawała, że całego zajścia nie widzi. „Antek, Franek! Do licha, uspokójcie się!” – nie wytrzymał i wrzasnął na cały wagonik, a wszyscy pasażerowie spojrzeli na niego karcąco. „Facet sobie nie radzi…” – usłyszał czyjś szept. „W ogóle się go nie słuchają” – dopowiedział z tłumu kobiecy głos. Marcin aż poczerwieniał ze wstydu i złości.

Dalszą część trasy przesiedział bez słowa, spoglądając od czasu do czasu w okno. Jakby go ktoś w tamtym momencie zapytał, co go najbardziej zdenerwowało, sam nie potrafiłby chyba tego określić. Czy to, że obcy ludzie komentowali całą sytuację, chłopaki, którzy faktycznie dziś przechodzili samych siebie, żona, która – od tamtego momentu – siedziała i się do całej trójki nawet nie przyznawała, czy może w ogóle… sam wyjazd? Przekonywał Ankę, że na wyjazd służbowy, powinien pojechać sam, ale nie. Ona się uparła. „Zabierz mnie, proszę! Mnie i dzieci. Powinny zobaczyć góry! Przecież tu się poznaliśmy, tu spędzaliśmy każde wakacje i ferie, zanim jeszcze pojawili się na świecie, tutaj byliśmy w podróży poślubnej…” – przekonywała go. W ciągu kilku godzin, na potwierdzenie swoich słów, wyszukała w internecie setki zdjęć, na których uśmiechnięci rodzice pozowali ze swoimi kilkuletnimi pociechami na szlakach. Ostatecznie więc – chociaż wyjazd był służbowy – zgodził się. Uległ, a teraz trochę żałował, bo na robienie zdjęć nie miał wcale czasu. Tak rozmyślając, siedział i obserwował przesuwające się w dole ośnieżone drzewa…

fot. Joanna Majewska - Kolejna na Kasprowy Wierch
Gdy kolejka dojechała na miejsce, a pasażerowie zaczęli powoli wychodzić, Anka podeszła do niego. „Zjadę z nimi na dół, pójdziemy na Kalatówki, zjemy coś, a potem wrócimy do hotelu odpocząć. Zostań tu i baw się dobrze. Zrób zdjęcia, zrelaksuj się, a nami na razie się nie przejmuj. Jak wrócisz, to przejdziemy się na dłuuugi wieczorny spacer” – powiedziała i puściła oczko. Spojrzał na nią z wdzięcznością. Na szczęście Anka rozumiała, że do zrobienia całej sesji naprawdę nie potrzeba mu niczego więcej, jak tylko spokoju. Obserwował jeszcze przez moment, jak jego rodzina czeka na odjazd na dół. Chłopaki, chyba już trochę zmęczeni, siedli na ławce i ziewając, machali nogami, a Julka – właśnie się przebudziła. No dobrze. Nie będzie już więcej marnował czasu. Jest w pracy i ma zadanie do wykonania. Złapał dziarsko aparat i ruszył przed siebie.

Pogoda do robienia zdjęć była idealna. Słońce, błękitne niebo, mroźne, czyste powietrze i ta majestatyczna biel dookoła… Obserwował panoramę Zakopanego, z rozbawieniem patrzył też na turystów, z których zdecydowana większość nie była przygotowana na panujące tu warunki. Widział starszą panią, która w kozakach na szpilkach, wsparta na ramieniu mężczyzny w adidasach, usiłowała utrzymać równowagę na śliskim podłożu, oraz młodą parę – nastolatka nie miała czapki, a czerwoną od mrozu ręką przytrzymywała się za nos, który już jej prawie odmarzł. Jej chłopak, również bez czapki – dla odmiany – trzymał się za uszy. Widział też kobietę, która zamiast czegoś ciepłego, miała na uszach najmodniejsze w tym sezonie różowe nauszniki. Na włosach osadził jej się szron. Zawsze bawił go taki widok. Czy nikt nie sprawdza pogody na górze, zanim wjedzie? Czy chęć „wyglądania” jest naprawdę silniejsza od zdrowego rozsądku?

Ukradkiem pstryknął im parę fotek, na wszelki wypadek, gdyby w redakcji pojawił się pomysł na artykuł o nieodpowiedzialnych turystach. Nagle poczuł, że ktoś stanął tuż za nim. „Oddawaj aparat. Tylko bez numerów. Jeden krzyk, jeden głupi pomysł, a potoczysz się w dół i będzie to wyglądało na nieszczęśliwy wypadek” – wyszeptał mu do ucha groźny męski głos. Marcin zamarł z rozszerzonymi ze strachu oczami. Ktoś go właśnie okradał! Nie oglądając się, oddał posłusznie aparat. W pobliżu nie było nikogo, wszyscy gdzieś się ulotnili. „Będziesz tu stał i liczył do trzystu. Potem odwrócisz się i zaczniesz powoli schodzić. Teraz, ani waż się ruszyć!” – zagroził napastnik. Marcin, sparaliżowany strachem, usłyszał skrzypienie śniegu. Złodziej oddalał się z jego aparatem, a on stał i liczył. Minuty mijały. „Dwieście dziewięćdziesiąt dziewięć, trzysta!” – skończył.

fot. Joanna Majewska - Z Kasprowego Wierchu
Liczył tylko do trzystu, więc nie trwało to długo. Tak mu się przynajmniej wydawało. Gdy szedł ze szczytu w stronę stacji, odniósł wrażenie, że zdążył policzyć do kilku tysięcy. Tak wiele się dookoła zmieniło. Niebo zasnuło się gęstymi chmurami, zaczął padać śnieg i zerwał się delikatny, acz mroźny wiatr. Dziwnego mężczyzny z jego aparatem nie było nigdzie widać. Co gorsza – nie było widać nikogo. Dookoła nie było żywej duszy! Trzęsąc się z zimna, Marcin potruchtał do budynku stacji. Serce zaczęło mu walić. Stacja była zamknięta, co więcej – wcale nie wyglądało to na chwilową przerwę. Wyglądała… jakby od bardzo dawna nikogo w niej nie było. Na szybach osadził się szron, a tuż nad wejściem zwisały ogromne lodowe sople. „Co jest grane?” – nie mógł się nadziwić.

Robiło mu się coraz zimniej. Jeszcze przed chwilą śmiał się z oglądanych osób, a teraz… teraz sam stał się jedną z nich. Nie był przygotowany na dłuższy pobyt na mrozie. Ileż to razy słyszał, że najlepszym „zimowym” strojem w góry jest strój „na cebulkę”? Setki. Ale niestety, nic do niego nie dotarło. Cóż mu po ciepłej kurtce, jak pod nią ma jedynie przewiewny, bożonarodzeniowy sweter z reniferem, podarowany przez babcię. Tyle razy zastanawiał się nad zakupem bielizny termoaktywnej. I co? Zastanawiał się, ale nigdy jej nie kupił. Dziś nawet nie przyszło mu do głowy, żeby się tak ciepło ubierać na jeden szybki wjazd i zjazd kolejką.

Spanikowany spojrzał na swoje odbicie w oknie zamkniętej stacji. W uszach jeszcze wybrzmiewały mu słowa Anki sprzed paru godzin: „Marcin, nie zakładaj jeansów, na górze będzie zimno, załóż spodnie narciarskie”. Nie posłuchał. Jak ostatnia gapa, ubierając się, świadomie nie założył również swoich gwiazdkowych skarpet z wełny merynosów, chroniących przed utratą ciepła i przeznaczonych specjalnie na niskie temperatury. „Dziś jeździmy kolejką, więc nie będą mi potrzebne. Oszczędzę je na inne wyprawy” – myślał wtedy. O jakiż był nierozsądny! Buty zaczęły mu już przemakać i czuł, jak stopy drętwieją z zimna. Jak dostać się na dół, gdy kolejka nieczynna?

Spojrzał na zegarek. Godzina 14.00, a więc niedługo zacznie się ściemniać. Nie był przygotowany na schodzenie na dół pieszo. Brakowało mu latarki, a do pokonania śniegu przydałyby się rakiety lub raki. Wyciągnął telefon. Ledwie zdążył zobaczyć słupek baterii z jedną kreską, aparat się wyłączył. Do licha! Cóż z tego, że z nudów wyuczył się telefonu GOPR i TOPR na pamięć, jak i tak teraz nie miał z czego zadzwonić? „Sześćset jeden, sto i trzysta, śnieżna biel jest piękna, czysta” – by lepiej zapamiętać, jadąc kolejką, układał sobie w głowie różne śmieszne rymowanki. Zapamiętał bez problemu, ale wszystko na nic.

fot. Joanna Majewska - Tatry
Kiszki grały mu marsza, bo od ostatniego posiłku minęły już 4 godziny, stacja była zamknięta, kolejka nieczynna, a wokół – biel i nic poza nią. Usiadł na śnieżnej górce. Choć był postawnym mężczyzną i choć tyle razy w życiu słyszał tekst „chłopaki nie płaczą”, to jednak w tym momencie chciało mu się płakać jak nigdy. Nie był przygotowany na zejście, nie wiedział, co się stało. Nie miał aktywnego telefonu, nie miał przy sobie niczego, czym mógłby się posłużyć, by kogoś powiadomić o swoim położeniu. Jedyna nadzieja w Ance, która wieczorem będzie czekać na jego powrót. Czy on sam jednak doczeka w tych warunkach do wieczora? Robiło mu się coraz zimniej. Skradziony aparat był w tym momencie chyba najmniejszym problemem. Mroźny wiatr dmuchał śniegiem w twarz, policzki piekły z zimna, nosa prawie nie czuł. Dreptał w miejscu, podskakiwał, ale miał coraz mniej sił. Przysiadł na ławce. Wszystko dookoła zaczęło wirować… Chciało mu się spać, strasznie chciało mu się spać…

Nagle poczuł szarpnięcie. Ktoś szarpał go za ramię. „Marcin, wstawaj, Kasprowy, dojechaliśmy!” – usłyszał głos Anki. Otworzył oczy i rozejrzał się zdezorientowany. „Tatooo, spałeś!” – radośnie oświadczył Antek. „Nawet chrapałeś!” – dodał Franek chichocząc. „Chodź, bo już wszyscy wyszli” – ponaglała go żona.

Zaraz, zaraz… Czy to możliwe, że wszystko, co przed chwilą przeżył, było tylko koszmarnym snem? Potrzebował aż kwadransa, by ostatecznie dojść do siebie. Godzinę później, gdy w znakomitych humorach podziwiali w piątkę piękne widoki ze szczytu, już o swoim śnie nie pamiętał. Na zawsze jednak zapadł mu w pamięć wynikający z niego morał. Gdy wybieramy się zimą w góry, nigdy nie zapominajmy o odpowiednim stroju i podstawowym wyposażeniu. Nie zabierajmy ze sobą rozładowanego telefonu i nie wyruszajmy w drogę głodni. I nie ważne, czy chcemy tylko przejechać się kolejką, wybrać na krótki spacer czy zdobywać szczyt.

Warto być przygotowanym na każdą ewentualność. Góry zimą bywają nieprzewidywalne, a zaskoczyć nas może wszystko – nagła zmiana pogody, różnica pomiędzy temperaturą aktualną, pokazywaną przez termometr, a temperaturą odczuwalną, szybko zapadający zmrok czy nieoczekiwana mgła. Zresztą, już niezależnie od tego… Czyż nie przyjemniej jest podziwiać śnieżne widoki, gdy – ot tak, najzwyczajniej w świecie – jesteśmy spokojni, najedzeni i jest nam ciepło?

Autor tekstu: Joanna Majewska

fot. Joanna Majewska - PKL Kasprowy

Komentuj

Kategorie: Górskie opowiadania

Tagi: , , , ,