fot. Giewont

Giewont od wielu lat jest dla mnie magiczną częścią Tatr, ale nie spodziewałem się że odegra w moim życiu tak wielką rolę. Pierwszy raz zobaczyłem Śpiącego Rycerza mając zaledwie 6 lat, gdy ojciec po raz pierwszy zabrał mnie do Zakopanego by pokazać góry, które kochał i z którymi wiązał swoje istnienie. Niestety kilka lat później zginął w Tatrach i nie zdążył przejść ze mną wszystkich szlaków. Nasze pierwsze wejście na Giewont było dla mnie czymś niezwykłym, głównie dlatego że byliśmy tam tylko my dwaj – ojciec i syn. Pamiętam, że tata powiedział mi wtedy, że góry mogą zmienić moje życie i stać się moją największą miłością. Było w tym sporo racji….

Nie będę rozpisywał się na temat mojej „tatrzańskiej kariery”, ponieważ nie o tym chciałem Wam opowiedzieć. Może później opowiem o ponad 100 wejściach na Giewont w ciągu 4 lat czy o innych wyprawach, które sprawiały że kochałem góry coraz bardziej. Za każdym razem, gdy pakowałem plecak i ruszałem w Tatry czułem, że wielka przygoda ciągle przede mną i że kiedyś nadejdzie taki moment, który wyryje się w moim sercu i w mojej pamięci na zawsze. Takich momentów było kilka, a jednym z nich było spotkanie wielkiej miłości… na szczycie Giewontu. Wrócę więc pamięcią 4 lata wstecz. Miałem wtedy 25 lat.

Historia zaczyna się dość banalnie – podobne można zobaczyć w filmach, głównie tandetnych romansidłach, w których to turystka i ratownik zakochują się w sobie. Nie, nie byłem i nie jestem ratownikiem, ale tego dnia wystąpiłem w takiej roli. Wczesnym rankiem przyjechałem do Zakopanego na weekendowy wypoczynek i oczywiście swoją wizytę w Tatrach zamierzałem rozpocząć od herbatki na Giewoncie. Tym razem postawiłem na bardzo łatwy i przyjemny szlak od Kuźnic przez Halę Kondratową.

Dość szybkim tempem dotarłem do Kondrackiej Przełęczy, gdzie zatrzymałem się na chwilę, by podziwiać widoki. Pogoda zmieniła się błyskawicznie. Od rana było sporo chmur, ale nie spodziewałem się, że w ciągu kilku minut z leniwych chmur zrobią się chmury burzowe. Tak, wiem – w górach pogoda zmienia się bardzo szybko i trzeba być na to zawsze przygotowanym. Było dosyć wcześnie więc na szlaku byłem zupełnie sam. Pomyślałem „wracam, nie będę ryzykować”. Postanowiłem jednak rzucić okiem przez lornetkę na Giewont. Zauważyłem niewielką postać, która powoli przesuwała się wzdłuż łańcuchów w stronę szczytu.

Co robić? Zostawić i zejść do schroniska czy iść i upewnić się, że turysta zdąży zejść przed burzą? Po dłuższej chwili byłem już na szczycie, gdzie przestraszona i skulona pod krzyżem Giewontu dziewczyna nerwowo próbowała powiadomić TOPR. Co u licha w taką pogodę podkusiło ją by mimo burzowej aury jednak wdrapywać się na szczyt? Być może powinienem wezwać TOPR. Pewnie wiele osób by tak zrobiło, ale ja postanowiłem że zejdziemy razem i że bezpiecznie wrócimy do domu.

Nie było lekko, ponieważ strach w oczach dziewczyny był ogromny. Dobrze, że zawsze mam ze sobą w plecaku kilka metrów liny. Turystka przywiązana do mnie czuła się bezpieczniej i udało się zejść ze szczytu bez większych zgrzytów. Dopiero przy Przełęczy, gdy usłyszałem, że „dobrze, że nie wezwaliśmy ratowników, bo byłaby sensacja na cały kraj” zauważyłem, że tą wystraszoną, chwilami bezradną i kruchą turystką jest dziewczyna, która od jakiegoś czasu widywana jest codziennie na okładkach i pierwszych stronach gazet. Nie będę pisał o tym kim była czy czym się zajmowała, bo to bez znaczenia. Wy znacie ją z mediów, a ja miałem okazję poznać ją w sytuacji, która zawsze weryfikuje jakim kto jest człowiekiem. W górach nie da się udawać, grać kogoś innego. W górach zawsze wyjdzie to, co drzemie wewnątrz człowieka.

Nie ukrywam, że poczułem się w pewnym sensie jak bohater, bo udało mi się bezpiecznie sprowadzić znaną osobę, a poza tym udało się uniknąć rozgłosu i tygodniowej sensacji w mediach. Oj obrastałem w piórka… Jednak po chwili przestało mieć znaczenie to, że znam panią z telewizji. Trasa z Kondrackiej Przełęczy do schroniska na Hali Kondratowej zajęła wystarczającą ilość czasu by porozmawiać, poznać się i zdecydować na talerz kwaśnicy i kubek herbaty w schronisku.

Oszczędzę Wam romantycznych historyjek, które można obejrzeć w tzw. tasiemcach. W skrócie mówiąc – przygoda na Giewoncie sprawiła, że między ratowaną a ratującym pojawiło się uczucie, które rozwijało się przez 3 lata. Każdą wolną chwilę spędzaliśmy tam, gdzie się poznaliśmy czyli w Tatrach.

Podczas jednego z takich wyjazdów postanowiłem pójść krok dalej i oświadczyć się. Oczywiście nie będę oryginalny gdy wyjawię, że miejscem oświadczyn miał być  Giewont. Tam się odnaleźliśmy i tam mieliśmy zbliżyć się do siebie jeszcze bardziej. Czy mam opisywać cały przebieg? Chyba nie, bo bym wszystkich zanudził więc ograniczę się do tego, że moje oświadczyny zostały przyjęte. By przypieczętować naszą decyzję tuż pod krzyżem złożyliśmy sobie przysięgę, że gdyby cokolwiek złego się działo między nami to że zawsze odnajdziemy się tu, na Giewoncie. Banał, prawda? Eh… ale czego spodziewać się po artystce i zakochanym po uszy głupcu?

Nie minęło pół roku i nasze szczęście prysło. Kolejny banał, ponieważ powodem rozstania był mój górski wyjazd z ekipą, która miała zdobyć jeden z ośmiotysięczników. Od razu uprzedzę pytania – nie zdobyłem ośmiotysięcznika, bo tęsknota była silniejsza i wróciłem do Polski. Dodam, że nie rozstaliśmy się przed moim wyjazdem. Moja turystka miała poczekać, ale z nieznanych mi przyczyn postanowiła wyjechać i robić karierę gdzieś dalej w świecie. Po pół roku wróciła, ale…

Nie było nam po drodze. Ominę relacje z prób dojścia do porozumienia, bo to nie jest RomansidłoPortal.pl. Wróćmy do Tatr i Giewontu…

Gdyby coś złego się działo to zawsze mieliśmy odnaleźć się na Giewoncie, pamiętacie, prawda? Byłem kilka razy na szczycie by sprawdzić, czy ten banał choć w minimalnym stopniu się spełni. Pamiętam jedną z wypraw jakby to było wczoraj. Ponownie od Kuźnic, przez Halę Kondratową, aż na szczyt Śpiącego Rycerza, z naiwną nadzieją stąpałem krok za krokiem. Była tam… Tym razem nie było chmur, za rogiem nie czaiła się burza. Czy to przypadek czy rzeczywiście czekała na mnie? Zrozumieliśmy się bez słów. Nie było żadnych pytań, żadnych wyrzutów. Była miłość. Historia pełna banałów, bo…. obudziłem się i znów ją zgubiłem. Nie było jej obok.

Czy jeszcze kiedyś nasze drogi się spotkają? Czy odnajdę ją na Giewoncie? Chciałbym spotkać ją chociażby w Warszawie czy w jakimkolwiek innym miejscu… ale o tym już się nie dowiecie, bo jaki to miałoby związek z Tatrami? No dobrze, przyznam bez bicia, że naiwne serce chwilowego ratownika nadal wierzy, że Giewont ponownie wywróci moje życie do góry nogami. Dowodem tej naiwnej wiary jest to, że tam na szczycie, na magicznym krzyżu Giewontu czeka ukryty pierścionek zaręczynowy, który znalazłem w liście ze zdjęciem magicznego szczytu. Może przy kolejnej wizycie na Śpiącego Rycerza szczycie moja turystka odnajdzie ten maleńki drobiazg? A może już go tam nie ma?

Autor tekstu: Autor_Nieznany

Komentuj

Kategorie: Okiem Internauty

Tagi: , , ,